CURSED 13 – Triumf (Carnal Records)

Niegdyś Cursed 666, dziś Cursed 13, kiedyś bardzo podziemny twór, który dorobił się ledwie dwóch demówek, dziś zespół, o którym się mówi, niegdyś typowy one man band, dziś pełnoprawna załoga. Trudno porównywać początkowe oblicze zespołu z tym jak wygląda dziś, ale jedno jest pewne – całe przedsięwzięcie nie doszłoby do skutku gdyby nie jeden człowiek; Heljarmadr jest tu ogniwem spinającym twórczość pradawną i obecną. Dziś do naszych rąk trafia pełnoprawny debiut grupy czyli „Triumf” i bez wątpienia jest to płyta godna uwagi.

Na początku wypada zauważyć, że debiutanckie dzieło Cursed 13 ma bardzo mało wspólnego z black metalem sensu stricte, że się tak wyrażę. Trochę to mylące, ale często zdarza się, że jeśli formacja zaliczy woltę stylistyczną i tak kojarzona jest ze sceną, z której wyrosła. „Triumf” to bardzo sprawne i co ważne strawne połączenie dynamicznego, szwedzkiego death’n’roll’a, blacku, thrashu i odrobiny elektroniki. Czytając te słowa można zacząć obawiać się, że kucharz wrzucił do garnka zbyt wiele składników, zapewniam was jednak, że nie jest to materiał stworzony tak by przypodobać się każdemu. Wręcz przeciwnie, uważam, że przez swoisty eklektyzm płyta ta może znaleźć niezbyt szerokie grono odbiorców co absolutnie nie świadczy o muzycznej jakości.

Od samego początku zespół atakuje słuchacza bardzo specyficznym brzmieniem, które przywodzi na myśl najlepsze produkcje szwedzkiej sceny. Gitary tną surowym, tłustym soundem lekko zaprawionym pierwiastkiem blackmetalowej prostoty dzięki czemu materiał raz, że staje się bardzo nośny, słuchalny, dwa zyskuje bardzo na dynamice. Jak dla mnie brzmienie to śmiało konkuruje z tak znakomitymi produkcjami jak choćby „Wolverine Blues” Entombed, tyle, że w nieco bardziej surowej, czarnej formie. Już pierwszy numer w postaci „No Return” jest doskonałym przykładem tego w jakim kierunku będzie podążać „Triumf” – mocne riffy, dynamiczno-bujające tempa i zdarty wokal balansujący pomiędzy skrzekiem umierającego z głodu kruka a rykiem wkurwionego niedźwiedzia na przedzie, w sumie to nic nowego, ale zaręczam wam, że takie granie to prawdziwy miód na uszy wszystkich spragnionych metalu z wysokiej półki. Na kolejnych numerach zespół nabiera tempa i prezentuje tak znakomite cięcia jak „Death and Gone”,„Death’n’roll” (oparte na bardzo dynamicznym zestawieniu riffów) czy „Seductress” (ze świetną, wbijającą w ziemię solówką). Gdybym miał wskazać absolutny top na tej płycie, byłyby to właśnie wspomniane trzy kawałki. „Truimf” broni się jednak jako całość. Jest to płyta, której słucha się od A do Z bez zmęczenia; duża ilość pomysłów, zróżnicowanie podziałów rytmicznych (od mocnego, death’n’roll’owego bicia po proste blackowe obijanie garów), wszystko to sprawia, że mimo pozornie mocno już przetartych rękawów katana o nazwie Cursed 13 prezentuje się bardziej niż przyzwoicie.

„Triumf” to debiut na naprawdę wysokim poziomie, tyle, że tak doprawdy nie wiem komu miałbym płytę polecić. Fani death metalu zniesmaczeni mogą być przewijającą się tu i tam black’ową prostotą, fani blacku nie przełkną pewnie dominującego, death’n’roll’owego sznytu. Pozostaje mi więc po raz kolejny przyznać się do tego, że oto spotkałem na swojej drodze dobrą płytę… [sic!]

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół