CURSE – Void Above, Abyss Below  (Schwarzdorn)

Zastanawiam się jaki wpływ na muzykę islandzkiego duetu miała przeprowadzka do Oslo. Niby zbliżone kręgi kulturowe, ale jestem w tej materii kompletnym ignorantem, więc ciężko stwierdzić mi, czy miało to jakiekolwiek znaczenie dla całokształtu ‘Void Above, Abyss Below’. Wiem jedno, Norwegią pachnie tu co najmniej w co drugim kawałku.

Curse to właściwie połączenie czarciego thrashu z estetyką Darkthrone ubranego w czarne szaty. Nie mogą zatem dziwić duże prędkości osiągane przez gitarę Eldura (‘The Mad Sheperd’, ‘Hour of the Skull’), ani klasyczne thrashowe solo (‘Desecrating the Divine Trinity’) czy bardzo fajnie zharmonizowane melodie (‘Painting the Devil on the Wall’), ale nade wszystko czuć tutaj bezczelnie unoszącego się ducha Fenriza i Nocturno Culto w najbardziej wulgarnej, hipnotycznej formie (‘Infernal Visions’, ‘Void Above, Abyss Below’), z rzadka wpadającej w bardziej rytmiczne rejony (‘Red is the Deepest Black’). Jest to granie tak wybitnie niewymagające i wtórne, że nie mogę powiedzieć inaczej niż: jest zajebiście. Tutaj nikt nie będzie patrzył się na zawiłości riffów, złożoność melodyki czy skomplikowanie struktury utworów. ‘Void Above, Abyss Below’ to album wyjątkowo chamski, surowy i prosty, a to że Eldur wymyślił sobie gdzieś polecieć niezłą solówką, albo wydobyć z gitary grobowe jęki (‘I’m the Dead Guy’) można uznać jedynie za wisienkę na torcie. Zastanawia mnie tylko, czy w otchłani mają cukiernie?

Jest moc! I tego trzeba na tej płycie szukać. Młodzieży gimnazjalnej kochającej Comę mówimy zdecydowane nie. Tu nikt nie będzie plumkał na klawiszach, urządzał koncertów z orkiestrą symfoniczą, ani śpiewał o abstrakcyjnie kolorowych polach irygacyjnych. Tu się, kurwa, napierdala, a nie strzela z dupy. Howgh!

Dooban 4,5