CULT OF LUNA – Vertikal (Indie Recordings)

Pastwienie się nad ogólną kondycją gatunku zwanego potocznie „postmetalem” ma tyle sensu co sparing z pięciolatkiem – satysfakcja jest, ale wyzwanie to żadne, bo cel co najmniej łatwy. Musiałbym stracić dziesięć kilo, dziesięć lat i kilkaset płyt, by znów wykopywać kolejne wyrodne dzieci Neurosis, jak to bywało w czasach, kiedy na muzykę graną przez debiutujące wówczas Isis, Pelican czy Cult of Luna nie było jeszcze nazwy.  Wołami nie zaciągniecie mnie do zgłębiania twórczości nowych zespołów „postmetalowych”, które i tak grają to samo, tylko coraz gorzej. Zostaję przy mojej ekstraklasie i baczniej przysłuchuję się wyłącznie „melodiom, które już znam”, a radość z obcowania z „Vertikal” tylko potwierdza, że to słuszna droga.

Nie czarujmy się, że nowy album Cult of Luna jest płytą w jakikolwiek sposób przełomową na miarę gatunku. Kto „Luna” zamienia na „nuda”, ten nie uzna tej płyty za światełko w tunelu muzyki, która dawno zapętliła się w manierycznym nibyartyźmie, trując metal wrogim wirusem intelektualizmu. „Vertikal” to postmetal jak w mordę strzelił, przy czym wypada zauważyć, że akuszerką przy porodzie było tym razem – przynajmniej w moim przekonaniu – powstałe z grobu truchło Zimnej Fali. Nastrojowe sludge’owanie zręcznie przełamano tu syntezatorami (ba, nawet quasi-dubstepem w tytanicznym „Vicarious Redemption”), „plemienna” rytmika przypomina chwilami wczesne nagrania Killing Joke („Synchronicity” ). Wszystko to jednak jest tłem do grania, w którym Cult of Luna dawno zapuścili korzenie, tak więc „haters gonna hate”, a pozostali docenią, z jakim smakiem i inteligencją szwedzkie combo pięknych chłopców rzeźbi (bo z pewnością nie „tłucze”) swoją muzykę. „Vertikal” stoi w kontrze do podejścia w stylu „ok, ok., graj ten riff przez pięć minut, będzie trans”. Słychać, że każdy dźwięk i pomysł jest tu przemyślany, aranżacyjne bajery nie pochodzą z okrężnicy a postmetal nie musi wiać nudą i sprowadzać się do przykrycia muzyki przepisanej od Godspeed You!Black Emperor wokalem przepuszczonym przez efekt „Scott Kelly”. W starciu z tak dobrym albumem nie widzę powodu, by rozdrabniać się na rozmyślanie o procencie Neurosis w Cult of Luna – „Vertikal” stoi na twardym gruncie indywidualnego talentu i osobowości, która wybija się z niby to znanych dźwięków.  Choć oczywiście nie jest to album dla każdego, w tym sensie, że nieprzekonanych nie nawróci, na to już za późno.

Wypada dodać, że „Vertikal” to klasyczna bomba z opóźnionym zapłonem. Trzy tygodnie zajęło mi określenie mojej zdeklarowanej lub zdystansowanej sympatii do tej płyty, po kilkunastu przesłuchaniach wciąż nie byłem przekonany, czy będzie z tego coś więcej, czy raczej zostaniemy przyjaciółmi. Oczywiście jest to kwestia mojego ograniczonego zapotrzebowania na podobne klimaty, ale zakładam, że jeśli Blindead nie wydadzą w tym roku nowej płyty, to realnej konkurencji dla Cult of Luna nie przewiduję.

Bartosz Cieślak

Pięć