CULT OF LUNA – Vertikal II (Indie Recordings)

Jam częścią tej wielkiej siły, która wiecznie będąc zmęczona postmetalem, wiecznie musi go słuchać. Po nocach śni mi się, jak redaktor Lerch wytatuowaną nogą podaje mi z volleya kolejne płyty Isis, Pelican i Year of No Light. Budzę się z krzykiem, zdejmuję z głowy wełnianą czapkę i ocieram pot z czoła. Dłużej tak nie mogę – żona marudzi, że w kraciastych koszulach wyglądam jak żul, płatki z zupy mlecznej wplątują mi się w brodę, głos rozsądku szepcze do ucha, że łażenie w porwanych trampkach nie przystoi po trzydziestce. Koszmar bycia skazanym na słuchanie artystowskiego męczybułstwa osładzają mi takie płyty jak obie części „Vertikal”, z których nieoczekiwanie suplement okazuje się lepszy od części „zasadniczej”.

Recenzując kilka miesięcy temu „Vertikal” metaforycznie pogłaskałem zespół Cult of Luna po ich modnych grzywkach – nie tylko za sam fakt, że nagrali szóstą dobrą płytę z rzędu, ale przy okazji tchnęli w skostniałą estetykę ożywczy oddech zimnej fali. Nie śmiałem nawet wyrazić przypuszczenia, że te właśnie wątki mogłyby znaleźć rozwinięcie na kolejnym materiale, jak widać ściętej głowie też wolno marzyć. Formalnie „Vertikal II” jest uzupełnieniem i domknięciem bliżej nieogarnionego przeze mnie konceptu zespołu, który ma cos wspólnego z filmem „Metropolis” Fritza Langa, natomiast muzycznie jest czymś więcej niż kitem upchniętym w niedoszczelnione okno. Stojąc mocno na postmetalowym fundamencie, Cult of Luna na czoło wysuwając po postpunkowemu transową sekcję i „zimne” syntezatory, które gadają z cofniętym na drugi plan i przepisowym pokrzykiwaniem wokalisty. Te niepozorne trzy kawałki mają dawno nie słyszaną w podobnych rejonach lekkość i trans, który wychodzi poza wyświechtany „neurosisowy” schemat. Bezpośrednim skojarzeniem jest tu najlepszy materiał Blindead, czyli ep-ka „Impulse”, na nieco dalszym planie widać wczesne Killing Joke, Bauhaus, moooże X-Mal Deutschland… Ale to jednak bardzo odległe echa, a „Vertikal II” nie jest w żadnym razie stylizacją na lata 80. (w stylu Interpol czy A Place To Bury Strangers) – raczej próbą uchwycenia zimnofalowego klimatu i przełożenia go na język postmetalowego transu, który korzeniami sięga przecież brytyjskiego „cementowego rocka”. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję czwarty utwór w postaci remiksu „Vicarious Redemption” autorstwa Justina Broadricka, jednak entuzjastą tej formy nie jestem, więc rezultat uznaję co najwyżej jako sympatyczny i nie przeszkadzający.

Dziwna i niezrozumiała to reguła, która każe „eksperymentować” na minilongplayach, natomiast płyty pełnoczasowe wypełniać materiałem bardziej „klasycznym” dla danej kapeli. Być może kolejny album Cult of Luna będzie bardziej zachowawczy, ale mam nadzieję, że sześć płyt na wyrównanym, wysokim poziomie wystarczy, by uruchomić potencjał do twórczych poszukiwań. Będąc na etapie, kiedy większość zespołów klei nudne, przewidywalne kluchy, Cult of Luna brzmi jakby młodzi zdolni rozkręcali się przed drugim albumem. Niewykluczone, że ich najlepsza płyta dopiero przed nimi.

Bartosz Cieślak

Pięć i pół