CULT LEADER – Nothing For Us Here (Deathwish Inc.)

„Gaza nie jest już zespołem”. Z tą traumatyczną informacją ciężko było się pogodzić, zważywszy, że zaledwie parę miesięcy przed pojawieniem się jej na facebookowym fanpage’u grupy, Gaza wypuściła album genialny, paradoksalnie świadczący o świetnej kondycji i dojrzałości tworzenia. Śledzący uważnie poczynania zespołu z pewnością wiedzą, co było przyczyną rozpadu, ja natomiast nie zamierzam się tutaj nad tym rozprawiać, nie znając do końca faktycznych szczegółów sprawy. Cóż, Gaza pozostaje nadal na nośnikach, Jon Parkin terroryzuje ponownie w Bird Eater, a reszcie chłopaków, na szczęście, nadal chce się wspólnie grać. Po dość kontrowersyjnych wieściach z resztek obozu Gaza, przychodzi czas na szybką decyzję powrotu. Czy w tym przypadku szybko, oznacza skutecznie?

Poza zmianą wokalisty, wszystko na pierwszy rzut ucha wydaje się być na swoim miejscu. Jest chaotycznie i nieznośnie, później trochę lżej. Jednak po chwili brak  Jona daje się mocno we znaki. Tak charakterystycznego krzyku nie łatwo podrobić. No, ale nie zapominajmy, że mamy do czynienia z zupełnie nowym przedsięwzięciem i nie ma co doszukiwać się zbędnych porównań, bo panowie, co zaczęli z Gazą konsekwentnie kontynuują na Cult Leader, za co im chwała. Zmiana nazwy to strzał w dziesiątkę, choć stylistyka i brzmienie niemal nienaruszone, sprawy formalne przeprowadzone wzorowo. Najwidoczniej ekipie z Salt Lake City nie w głowie przekomarzania z tymi, co by najgłośniej krzyczeli mając za złe „podszywanie się” i tworzenie pod nazwą dawnego bandu.

Już od pierwszych minut czujemy się jak w domu, jakby nic się nie zmieniło. Po wprowadzającym w stan dezorientacji intrze, przychodzi na nowe/stare Cult Leader, świeże pomysłowo, klasyczne ekspresyjnie („Flightless Birds”). Jak już przystało na tych gości, nie mogło się obyć bez sympatycznych niespodzianek; „Mongrel” to ukłon w stronę sludge’owego klimatu, jakże charakterystycznego dla stylu gry ludzi z rejonu Salt Lake City. Z każdą minutą albumu zalewają nas pokłady tłamszonej agresji, która nareszcie znalazła miejsce na pełną jej eksploatację. I niczym z sadystyczną perfekcją, Cult Leader to raz pozostawia nas na pastwę losu chaotycznego młyna dysonansu („Skin Crawler”), to czasem także znajduje czas na użycie w niemal sarkastyczny sposób dźwięków tak przyjemnych, że aż dajemy wypełnić się ułudną naiwnością co do politowania nad naszym losem. Dedukcyjnie, spodziewałbym się solidnego kopniaka w twarz, jakim raczyli nas panowie niejednokrotnie w takich momentach, jednak nagle, właśnie po chwili sielanki album się kończy. Oczywiście, trzeba przypomnieć, że to przecież ep-ka w dodatku pierwsza tego wbrew pozoru doświadczonego bandu i muszę przyznać, że dawno miałem do czynienia z tak zróżnicowanym emocjonalnie albumem, zrealizowanym na tak niewielkim polu manewru.Cult Band

Cult Leader wraca do gry, w niezwykle profesjonalny sposób rozpoczynając swoją karierę. Muzyka, w którą angażujemy się od początku do końca, wymagająca wczucia i zrozumienia, dodatkowo w pełni satysfakcjonująca nasze oczekiwania jak i uczuciowe potrzeby, to dobra muzyka. Album perfekcyjny, choć mimo zamierzonego czasu trwania, trochę pozostawiający… cóż, niedosytem tego bym nie nazwał, raczej chodzi tutaj o moją osobistą chęć ciągłego obżerania się Cult Of Leader, muzyką, która odurza i prosi o więcej.

Adam Piętak

Pięć