CULT LEADER – Ligtless Walk (Deathwish Inc.)

Z najnowszym Cult Leader mam spore problemy. Nawet ep-ka, która pojawiła się raptem parę miesięcy temu jakoś bardziej przemówiła do mnie ludzkim głosem. Teraz, zamiast głosu mamy gwar, nieznośny, chaotyczny, zmasowany, jakby pewne formuły gdzieś się wyczerpały, nowym miejsca ustępując.

Ok, trochę kąśliwe to rozpoczęcie, ale wynika wyłącznie z przeżytego szoku. Cult Leader, formacja zbudowana na podwalinach Gaza, stylistycznie od wymarłego fizycznie zespołu dalece nie odbiegała. Do dzisiaj, do momentu ukazania się „Lightless Walk”.

Cult Leader stawia słuchacza w paradoksalnej sytuacji, dwojakiej w dodatku. Można ten album przytulić do piersi, albo nieco obrazić się, odstawiając płytkę w kąt – to się dzieje jednocześnie, po pierwszym przesłuchaniu oczywiście. Ok, już prostuję. Mega plusem jest fakt, że CL znalazło swój warsztat, gajówkę rozpusty, w której staje się rzeczywiście liderem. Odcinanie kuponów nie było przeznaczeniem grupy, mimo, że dwa pierwsze materiały troszkę tak sugerowały – były niemal takie, jakie mogłaby zrobić Gaza, gdyby żyła. Ale nie, Cult Leader jedzie po prostej wyznaczonej przez własny GPS. Srogi chłód i brak litości, gorzej przecież być nie mogło. Tak jest, bo najnowszy Cult Leader w dupie ma sentymenty i nostalgie – było, minęło i proszę nie mylić pojęć. Może jedynie to przyzwyczajenie mnie blokuje, a to bardzo źle. A ponadto trend na poczernianie crust’a, który poniekąd musnął obecną kondycję grupy, to ten punkt zwrotny, jakiś lekki niesmak. Ale oni mentalnie są przecież weteranami; warto mieć to na uwadze.CL band

Teraz, gdy słucham albumu z większą dociekliwością, od razu wiem, że popełniłem błąd. Cult Ledaer naprawdę odcięło pępowinę, wyrobiło nawyk odstawienia aparatu wziewnego i wytworzyło własne płuca. To indywidualny twór, a jego dopełnieniem jest wokal Anthony’ego, byłego basisty Gaza. On odwala największą robotę, robi to naturalnie, po swojemu, bez zbędnego naśladowania Parkina (co ze względu na barwę jest niemożliwe). Czyste wokale, które od samego początku istnienia budziły respekt i pozytywne emocje, są teraźniejszą esencją (przesłuchaj „Good Life”, na poprzednim krążku „Your Are Not My Blood”). Oddech jest wielce potrzebny przy takim natłoku dysonansów i dysharmonii. Subtelna, niska, męska podręcznikowo tonacja głosu tworzy nowy byt. Nie oznacza to, że reszta składu daje za wygraną, bo ewidentnie kombinuje z dźwiękami w zupełnie unikalny jak na dotychczasowe granie sposób („How Deep It Runs”, przestrzenne, rozciągnięte riffy, pozbawione młodzieńczego pośpiechu – miód). A na koniec, to co już się pojawiło w moich pochlebnych uwagach: głos. „Lightless Walk”, ton ballady od zawsze łagodził obyczaje, uwieńczając dzieła pod szyldami Gaza i teraz Cult Leader – oby to się nie zmieniło, bo robią to perfekcyjnie.

Jest w tym coś swojskiego, ale to nie nasz dom, czujemy podobny klimat, ale należący do kogoś innego. To zapoznanie jest najważniejsze, bo dzieje się od nowa. Jest tu więcej hardcore’a, takiego klasycznego, matematyczność też daje się we znaki, ale to nowożytny crust. Nails, Dead In The Dirt, świeże Yautja – to pobratymcy klimatyczni, niekoniecznie stylistyczni. W każdym razie, Cult Leader ma swoje miejsce w świecie i drąży je skrupulatnie; niech takie początki towarzyszą każdemu, kolejnemu krokowi.

Adam Piętak

Pięć i pół