CUBA DE ZOO – Trucizna (Mystic Prod.)

Początki Cuba de Zoo podobno były mroczne i tajemnicze a skład to po prostu songwriter i przyjaciele. Wg FB, Cuba jest ulubionym zespołem dziennikarzy radiowej Trójki a muzyka to kombinacja trzech elementów – energii, melodii i dobrych, polskich tekstów. Problem w tym, że pewnie 95% rodzimych zespołów taki opis przyjmuje za swój, trzeba zatem dokonać weryfikacji fejsbukowych zapewnień, korzystając z dźwięków, zamieszczonych na najnowszej, drugiej płycie tegoż trio, nazwanej złowieszczo „Trucizna”.

Istnieją dwa rodzaje dziennikarskiego podejścia do nowych płyt. Są tacy, którzy zawsze będą pisać, że poprzedni krążek był lepszy, z kolei jest też cała masa, gloryfikująca najnowsze dzieła artystów, jako kolejny krok w karierze i niebagatelne rozwinięcie twórczości tychże. W tym kontekście z ulgą mogę donieść, że debiutanckiej płyty Cuby nie słyszałem, brak mi odniesienia i nie mam zamiaru odnosić się do niczego. No, może poza tym, że gdzieś tam narzekano, że jednak debiut był bardziej przebojowy.

Być może nowa muzyka CdZ nie jest przebojowa, ale i tak w jakiś dziwny sposób lepi się do uszu. Niby nic nowego, wszystko słyszeliśmy, jednak fajnie się tego słucha i już po chwili zostają mi we łbie poszczególne kawałki. Nie mam zamiaru – z przekory – przywoływać konkretnych tytułów, bo całość zasługuje na uwagę. Uwaga to akurat w tym przypadku klucz do zrozumienia płyty. Trzeba posłuchać wnikliwie różnych smaczków poupychanych w aranżach, stukotu kotłów, granych w kontrapunktach splaszyków, jęków gitar i słów, które w tym przypadku są niebagatelne. Dużo w nich ogólnoludzkich przemyśleń, takiej filozofii współczesnego mieszkańca miasta, który żyje, biega ulicami, ale czasami zaczyna się nad sobą zastanawiać. Rozpiętość szeroka – od przewrotnie oczywistych przemyśleń w „W każdą stronę” (pierwotnie myślałem, że to jakiś polityczny manifest…) aż po bardzo inteligentnie podaną erotykę w „Pistolecie” (okazuje się, że język polski to nie tylko znakomicie brutalne wulgaryzmy…), w dodatku fajnie ułożonych w aranżacji kawałków, co jeszcze bardziej uprzyjemnia ich odbiór. Sama muzyka nasuwa mi dwa porównania, mianowicie Franz Ferdinand i Braty z Rakemna. Od tych pierwszych zespół pożycza pewną figlarność muzyki, chwytliwość fraz i lekkość a od Polaków rockową poetykę. Wprawdzie muzycy przyznają, że twórczości tychże wykonawców nie znają, ale ja i tak wiem swoje…

Cuba De Zoo raczej wyłomu w krajowym rocku nie zrobi, a jednak uznać mogę ich krążek za jeden z ciekawszych przejawów muzycznej bezpretensjonalności na tegorocznej mapie rodzimej muzyki rozrywkowej. Konsekwencją i talentem wykuli swój wizerunek, zdobyli tu i ówdzie uznanie, przede wszystkim zaś – przyjemnie i bez stresu się ich słucha, podobnie jak wymienionych artystów, do których pozwoliłem sobie warszawską ekipę porównać. Być może życia mi nie odebrali, ale lekkie zatrucie zaliczyłem.

Arek Lerch 

Cztery i pół