CUBA DE ZOO – Ciałokształt (Arte 101)

Rock. Tylko rock. Nie, to przecież… Więc może rock’n’roll… Też nie do końca. Trudno znaleźć etykietkę dla Cuby De Zoo, który na swojej trzeciej płycie postawił na bogate aranżacje i artystyczną niezależność, wydając album własnym sumptem. Opłacało się? O tym będziemy mogli mówić za jakiś czas, na razie skupiając się na samej muzyce, która, choć często wymyka się ocenie, zachowuje wysoki poziom. I dostarcza paru miłych chwil dobrej zabawy.

Cuba De Zoo od początku wpasowywał się w tzw. muzykę środka. Nie tylko samymi dźwiękami, ale i charakterem. Z dala od scen, z dala od polityki czy taniego moralizatorstwa. Po prostu robił swoje i grał koncerty. Których po rozwiązaniu kontraktu z pewna dużą firmą wcale nie zabrakło, a ponoć – o czym szef zespołu, Kuba Podolski opowiada w wywiadzie – było nawet więcej! Zatem można. Najnowsza płyta „Ciałokształt” to także w dużej mierze deklaracja tej niezależności. Słychać, że choć zespół ma swoje brzmienie, nie boi się kombinować i od czasu do czasu zaskoczyć nietypowym rozwiązaniem. Wyszło fajnie, choć na szczęście, fundament w postaci mocnego rocka pozostał niezachwiany.CDZ - foto Wojtek Zillmann

Pozornie, w pierwszym słuchaniu płyta jawi się jako zwykły zestaw rockowych kawałków, dopiero po dłuższym kumplowaniu na światło dzienne wychodzą niespodzianki. Głównie brzmieniowe, czasami aranżacyjne i tekstowe. Zespół z dużą dbałością skonstruował płytę, tak by znalazły się tu bardzo różne rzeczy. Pamięta min. o przebojach – „Kilowaty” może zagościć w audycjach, promujących rockowe uderzenie; jest tu i piaszczysty, przyjemny riff i nienachalny, ale łatwy do zapamiętania refren. Jeszcze lepiej prezentuje się „Historia z ognia”. Tu melodia aż lepi się do ucha, a jednocześnie kawałek jest nieoczywisty konstrukcyjnie z mocnym tekstem i kryjącą się za nim historią. Nawiązań do stonera trafi się jeszcze nieco – „Motokret” czy „Siostro” to kolejne, mocne punkty płyty. Dla odmiany „Dziewczynka z zapałkami” to przyjemna – niebanalna – ballada. Z kolei „Buldozer” to niemalże… luxtorpedowy utwór i wcale nie chodzi o to, że udziela się w nim Litza. Kto tu kogo naginał, nie wiem. W dodatku fajnie przeszczepiono tutaj fragmenty folkowych zaśpiewów… Zostając przy porównaniach – najbardziej zaskoczył mnie „Kat”, bo w pierwszym momencie miałem wrażenie, że słucham G.Wolf! Hendrixowaty charakter, znajomy luz i oddech robią wrażenie.

I tak płynie sobie ta płyta, nienachalna, znająca swoje miejsce, gdzieś na obrzeżach głównego, rockowego nurtu. Nie sądzę, by zmieniła oblicze krajowej muzyki, ale jednocześnie to rzecz potrzebna, pokazująca, że nasz krajowy rock dojrzał już dawno temu i ma swój własny, nie importowany charakter. Kciuk w górę!

Arek Lerch

Pięć