CRYPTICUS/SCAREMAKER – Split (Selfmadegod)

Współczesny death metal już dawno sprzeniewierzył się ideałom, które dwie dekady temu wpajane były każdemu sztubakowi chcącemu nosić na sfatygowanej katanie naszywki z nazwami raczkujących wówczas zespołów. Akomercyjny charakter, podziemne ideały i scenowa braterka skrzyżowane z przekazem pełnym krwistych opowiastek. Jeśli nadal schlebiacie takim hasłom, opisywany tu split będzie dobrą okazją, by przypomnieć sobie zamierzchłe czasy.

Łączenie metalu i horrorów to nie nowość, bo te dwa gatunki ekspresji są na siebie skazane. Nikt nie wyobraża sobie, by death metalowy band śpiewał o… ok., wiem, że i takie rzeczy się zdarzają, jednak twórcy tego splita zatrzymali się umysłowo jakieś dwie dekady wcześniej, wielbią tamten klimat, kiczowate, pełne keczupu opowiastki i muzykę prostą toporną i… prawdziwą. Pierwsze na tapecie jest amerykańsko – norweskie duo, którego mózgiem jest Patrick Bruss. Cztery numery to esencja szwedzkiej szkoły starego jak świat, pamiętającego pierwszą demówkę Nihilist i debiut Entombed metalu śmierci. Jak usłyszycie zapiaszczony riff „Beauty&Deceased”, zrozumiecie, że wehikuł czasu ruszył w przeszłość…

Nie zamierzam oddzielać tych dwóch materiałów, bo po prawdzie właśnie zestawienie różnych spojrzeń na „horrorowaty” death jest na tym krążku najbardziej inspirujące. W przeciwstawieniu do Crypticusa, Scaremaker, trio utworzone przez Vanessę i Billy’ego z Skeletal Spectre oraz Elektrokutionera z Encoffination, serwuje na dzień dobry „From the Coffin to the Worms”, w cholerę chropowate, death’owe łojenie, z topornym, surowym niczym ochłap mięsa brzmieniem, gdzie w kontrapunkcie do nieco ospałej perkusji stoi „pszczeli”, drażniący riff.  O ile zatem Crypticus stoi na straży zwartego, solidnego szwedzkiego łojenia (rewelacyjny „The Hungerer”, brzmiący jak Necrophagia kopulująca z Entombed…), o tyle Scaremaker proponuje smutne jak przemówienia Vincenta („Reverberate Through the Dark Woods”), tępe i zawzięte („Insane Die-Section” z sugestywnym „uuuggghhh” mówi samo za siebie…) łojenie zakorzenione w jeszcze odleglejszych latach. Fajnie prezentuje się ten split także z koncepcyjnej strony, bo każdy zespół zamyka swoją część wolnym kawałkiem; w przypadku Crypticus jest to „Baron the Dark”, choć duo nie wytrzymuje i gdzieś w drugiej minucie zapodaje klasyczną, szwedzką galopadę, zaś Scaremaker konsekwentny jest do końca:  siedmiominutowy „Mansion of the Macabre” to zejście do piekła, doom metal z Elektrokutionerem, szczytującym w najwolniejszych tempach rodem z Encoffination. Skoro przy Scaremaker jesteśmy, z grobowego klimatu wyrywa się jedynie „Demon Slave”, utrzymany zasadniczo w średnim tempie z wyraźnym, rock’n’rollowym drivem.

A gdzie ta groza, zapytacie? Jest, całkiem wyraźna i tylko głuchy jej nie usłyszy. Czasami wyraźniejsza (w refrenie „Beauty&Deceased”), zazwyczaj ukryta, podskórnie wyzierająca z przeraźliwie przygnębiających riffów, mrocznych wokali serwujących lovecraft’owskie opowiastki. Choć gotyk jest tu w domyśle, a death w pomyśle, to jednak muzyka ta budzi dreszczyk.

Werdykt – szybciej i swobodniej macham łbem do kawałków Crypticusa, jednak bardziej zapadam w mrok podczas lektury Scaremaker. Dobre 34 minuty. Aha – największa groza jest w dźwięku zamykanej krypty, wieńczącym „Baron of the Dark”.  Uuuuuu…

Arek Lerch 5/6