CRX – New Skin (Columbia)

Świeżość, dobra okładka, arogant na gitarze, geniusz producent i The Strokes w tle. Czy do sukcesu jest coś więcej potrzebne? No, może jeszcze… muzyka. I jest, naprawdę dobra, bez pretensji do zdobywania podium, bez szans na podsumowania roku. Nie potrzebuje tego. Jeśli w temacie neo rocka z tanecznym vibem w tle jest coś dobrego, to właśnie CRX. 

Tajemnica powodzenia nowego zespołu Nicka Valensi polega przede wszystkim na całkowitym skupieniu wokół najważniejszego elementu – czyli na robieniu muzyki. Wiadomo, że Valensi od widma The Strokes się nie uwolni, ale przecież mógłby zrobić nowe wałki pod starym szyldem i przytulić trochę więcej papiera. Ale nie, on zakłada zespół i gra muzykę jaka siedzi mu we łbie. Podobnie jest z Joshem Homme, który produkował płytę. Mam wrażenie, że w ostatnich latach dużo lepiej czuje się za studyjną konsoletą, gitarę łapiąc jedynie wtedy, kiedy trzeba np. pomóc rock’n’rollowym dziadkom. Inna sprawa, że jego nazwisko zawsze będzie zwracać uwagę i każdy od razu zacznie dopatrywać się wpływów QOTSA, które… oczywiście są, ale o tym za chwilę.CRX

W zasadzie, to co słyszymy w ciągu dwóch kwadransów, na samym początku wcale nie zwraca uwagi. Ot, rock, tyle, że zagrany w nieco inny sposób. Pomijam urzekającą świeżość riffów, brzmiących, jakby Nick wziął głęboki oddech i zapomniał jak się nazywa, zaglądając gdzieś w zmurszałą przeszłość. Poza tym – połączenie ducha lat 80. (nie ma szans, by to umknęło uwadze…), podskórnej tandety, ożenionej z piękną grą sekcji rytmicznej. Dawno mnie tak nie ucieszyła prosta, żeby nie powiedzieć banalna gra muzyków, którzy jednocześnie wiedzą dokładnie jakie dźwięki wycisnąć ze swoich pudełek. Wspomniałem o cieniu Homme’a – owszem, „Broken Bones” brzmi jak zapomniany riff tego pana, ale dużo ważniejszy jest talent do kręcenia gałami. Pięknie, staroświecko i przestrzennie zrealizowana płyta wyszła. Kiedy trzeba, pojawia się klawisz, czasami trudno ustać w miejscu, tak radośnie tańcuje rytm, to znowu robi się wręcz punkowo. A na samym końcu człowiek łapie się na myśli, że to w zasadzie pop, tylko zagrany na rozpadających się gitarach i zakurzonej perkusji. A do tego fajna, rysowana i pomysłowa okładka. Niby nic takiego, ale jakoś nie mogę wywalić płyty z odtwarzacza.

Arek Lerch

Pięć