CROWHURST – II (Dullest Records)

Crowhurst nie rozpieszcza swoich fanów zbyt często – w ciągu pięcioletniej historii, zespół wydał zaledwie siedemdziesiąt trzy różnego rodzaju wydawnictwa, a w roku 2016 uraczył ich jedynie sześcioma albumami długogrającymi, jedną ep-ką, splitem i płytą kompilacyjną. Mimo niskiej częstotliwości wydawniczej, zwolennicy grupy dowodzonej przez Jaya Gambita nie powinni w tym roku narzekać. Owego jegomościa znamy już z miłości do Morrisseya („Fuck You Morrissey” z 2012 roku), Bono („Fuck You Bono” z tego samego roku) czy The Beatles (wydane rok później „Fuck You Beatles”). Tym razem, za sprawą enigmatycznie zatytułowanej „II”, Gambit nie kieruje środkowego palca do nikogo konkretnego, lecz pierdoli wszystkich w takim samym stopniu.

Crowhurst to nigdy nie był projekt, który grałby muzykę szczególnie łagodzącą obyczaje, zatem nie dziwi, że również i „II” to niekoniecznie jest płyta łatwa, przyjemna i melodyjna. Najczęściej atakuje wściekłym black metalem, obtoczonym w noise’owym sosie a’la Prurient czy Pharmakon. Zdarzają się momenty, gdy kompozycje rozmywają się w drone’ach (jak w zamykającym album „Dried Blood And Old Earth”), kiedy indziej za sprawą mechanicznej rytmiki bliżej im do inspiracji industrialem lub zdają się nieznacznie ocierać o grind. Którąkolwiek drogą nie poszedłby jednak Gambit z kolegami, zawsze jest to ściezka eksplorująca połacie muzyki skrajnie ekstremalnej i głośnej, pełnej nienawiści, wściekłości i mroku, często zupełnie odczłowieczonej. Minimalizm dodatkowo podkreśla jej nihilistyczny charakter. Zresztą, bardzo słusznie – nie sądzę, żeby jakiekolwiek kombinowanie mogło temu albumowi jakoś pomóc. „II” jest niczym nóż wbity pod żebra, którym ktoś – za sprawą „Dried Blood And Old Earth” – dodatkowo grzebie w wnętrznościach.C

Aura „II” jest na tyle odrażająca i zepsuta, że po przesłuchaniu płyty zastanawiałem się, czy aby dobrym pomysłem nie byłoby się z tego wyspowiadać. Może i były w tym roku płyty bardziej agresywne, bardziej mroczne, ale nie przypominam sobie, by jakakolwiek inna w taki sposób wyciągała esencję tego, co najlepsze we współczesnej muzyce ekstremalnej – zarówno gitarowej, jak i elektronicznej. „II” to trucizna gorsza nawet niż piosenki świąteczne, paląca i niszcząca trzewia. Przejmująca, dotkliwa i bolesna. Głośna jak cholera i ostatecznie skrajna. Na pewno mogąca przynieść skutek śmiertelny.

Recenzja jest krótka i treściwa, podobnie jak i opisywane wydawnictwo. Jakiekolwiek próby rozbijania tej muzyki na czynniki pierwsze, doszukiwania się konkretnych nawiązań, inspiracji czy próba szczegółowej analizy krok po kroku są właściwie bezcelowe. W tej muzyce chodzi o czystą nienawiść, która sączy się z każdego dźwięku i którą jest ona przesiąknięta do cna. Droga, która prowadzi do zamierzonego efektu, w tym przypadku nie jest istotna.

To idealny album pod choinkę – oczywiście pod warunkiem, że kogoś bardzo nienawidzicie. Niech skurwiel zdycha.

Michał Fryga

Cztery i pół