CROWBAR – Symmetry in Black (Century Media)

Odejście Kirka Windsteina z Down jest okolicznością tyleż radosną, co niespodziewaną. Goniąca w piętkę supergrupa Phila Anselmo dawała gwarancję ciepłej posadki na etacie i rokrocznego objazdu większych festiwali, a więc i lepszego zarobku… Tymczasem mamy nowy album Crowbar – zespołu wiecznie niedocenionego i nieustannie znakomitego. „Symmetry In Black” dopisze w tej księdze kolejny chlubny rozdział.

Korci mnie, żeby porozpływać się nad tym, jak wyjątkowym zespołem jest Crowbar, jak wspaniała jest jego niewymuszona oryginalność, koncepcja i wynikające z niej dźwięki. Czasy się zmieniają, mody przychodzą i odchodzą, a Windstein i jacy tam brzydale mu akurat towarzyszą, co parę lat wypuszczają albumy-Godzille. Ani na jotę nie zestarzała się ich wizja muzyki, łącząca feeling Black Sabbath, ciężar Melvins i hardcore’ową energię – ba, im więcej sludge’ów na świecie, tym bardziej świeżo brzmi „Broken Glass” czy „Time Heals Nothing”, na których znajdziecie to wszystko, co modne stało się 15 lat później. A „Symmetry In Black” to po prostu, przewidywalnie znakomite utwory, potężne riffy, chwytliwe refreny i ryczący jak z bólu ranny łoś Windstein. Okładkowe nawiązanie do „Lifesblood For The Downtrodden” wydaje się nieprzypadkowe, bo w porównaniu do poprzedniej „Sever The Wicked Hand”, nowa płyta wydaje się bardziej melancholijna, smolista i osadzona w bluesie, z bodaj jednym hardcore’owym wyziewem w postaci „Ageless Decay”. Zalewany bourbonowymi łzami smutek od zawsze był immanentną częścią twórczości Crowbar, a tutaj przepoczwarzył się do postaci – uwaga – ballady „Amaranthine”, śpiewanej oczywiście wędzonym petami głosem Kirka.Crowbar Band

Właściwie jedyną rzeczą, której czepiałbym się w kontekście „Symmetry In Black” jest brzmienie, które na płytach Crowbar bywa równie niefortunne, co okładki. Być może założenie jest takie, żeby album brzmiał potężnie i przytłaczająco, więc terkoczące bębny muszą przekrzykiwać się z gitarami, ale moim zdaniem odgłos łamania plastikowego kija od mopa wcale nie brzmi bardziej monumentalnie niż dobrze nastrojony werbel. Perkusja na płytach Crowbar brzmiała gorzej chyba tylko na debiutanckim „Obedience Thru Suffering”. Nie przeszkadza to aż tak bardzo cieszyć się porcją świetnej muzyki, która oczywiście nie oszałamia nowatorstwem, ale tego nikt się chyba po Windsteinie nie spodziewa. Ewidentnie smutno jest temu Kirku, ale w jakiś sposób ta naładowana testosteronem i etanolem melancholia rodzi muzykę, która poprawia nastrój i pięknie zgrywa się z odprężonym, wczesnoletnim klimatem.

Bartosz Cieślak

Pięć