CRO-MAGS – Near Death Experience (Punishment 18)

W swojej burzliwej historii zespół Cro-Mags nie zdążył dorobić się swojego odpowiednika „Grave New World”, „Something Wicked” czy „Cold Lake”. Jednak za brzydszego kuzyna robił zawsze „Near Death Experience”, wydany w 1993 i od tego czasu nie wznawiany. Włoska Punishment 18 Records przypomina ten zakurzony, dość fajny, choć nie w pełni udany album, który niestety nie sprostał próbie czasu.

„Near Death Experience” to już zupełnie inny Cro-Mags niż ten z uwielbianego wszem i wobec „The Age of Quarrel”. Kontynuując linię programową „Best Wishes” i „Alpha Omega”, zespół wpada w ciepłe, miękkie ramiona heavy/thrash/speed metalu, który w owym czasie gonił w piętkę przepędzony przez deathmetalowe łomoty, smród przepoconych flaneli z Seattle i miliony dolarów zarobione przez „czarny album”. Problemem „Near Death Experience” nie jest jednak stylistyczna archaiczność, ale nierówny poziom kompozycyjny. Nieźle bronią się te najbardziej energetyczne strzały, w których słychać, skąd Cro-Mags przyszli – „Say Goodbye to Mother Earth”, „Kali-Yuga” czy „Reflections” spokojnie trzymają poziom numerów z „Alphac-m foto Omega”. Z drugiej strony mamy tu takie kwiatki jak „War on the Streets”, brzmiący jak „Monkey Business” Skid Row, dziwną powerballadę „Time I Am”, czy wypożyczony z „Alpha Omega” „The Other Side od Madness” – pocieszny natchniony pudelmetal w duchu późnego Metal Church. Technicznie, brzmieniowo i wykonawczo „Near Death Experience” brzmi spójnie, a John Joseph to jeden z tak naprawdę niewielu hc/punkowych wokalistów tamtej epoki, który udźwignął „umetalowienie” swojego zespołu (vide Agnostic Front). Szkoda tylko, że talent wykorzystuje do wyśpiewywania takich refrenów jak ten z „Death in the Womb”, przy którym smarkam ze śmiechu.

„Wreszcie nauczyli się grać” – mruknie z uznaniem czytelnik Pure Metal, głaszcząc się po rzadkiej brodzie. I pewnie fani głównego nurtu metalowych brzmień z lat 80. docenią „Near Death Experience” najbardziej, ja jednak wolę punkowo-hardcore’owe nuty debiutu i „Revenge”, plus „Alpha Omega” z ery kataniarsko-adidasowej. Jeżeli to ma być najsłabsza płyta Cro-Mags, to i tak wstydu nie ma. I raczej już nie będzie, bo biorąc pod uwagę szorstką męską przyjaźń Flanagana i reszty, przynajmniej nie grozi nam „reaktywacja w starym składzie” ani „nowy album, który będzie powrotem do klimatów z czwartej płyty”.

Bartosz Cieślak 

Cztery