CRIPPLED BLACK PHOENIX – I, Vigilante (Invada Records)

Poznałem ten zespół kompletnie przypadkowo. Znalazłem się rok temu na ich koncercie nie wiedząc, skąd są, co grają i czy w ogóle coś, co ma łatkę „rock progresywny” może być strawne dla mojego ucha.

Ale życie jest dziwne, okazało się, że z warszawskiej Progresji wyszedłem w stanie ciężkiego szoku i zaskoczenia. CBP okazało się być czymś zajebistym i wyjątkowym, wymykającym się tak na prawdę wszelkim próbom klasyfikacji. Zanim do tego wniosku doszedłem, oczywiście tworzyłem swoje prywatne konstelacje określeń; najciekawsze jest to: „ujarany Pink Floyd spotyka Neurosis i wyruszają na Dziki Zachód grać na ranczu”. Ok, olać, to do niczego nie prowadzi. Na pewno nie w recenzji, o której zdaję się zapominać. „I, Vigilante” to nowe wydawnictwo zespołu, które ujrzało światło dzienne w ubiegłym roku. Składa się tylko z 6 utworów, ale nie dajmy się zwieść tej ilości, bo to prawie 50 minut muzyki. Muzyki różnorakiej, bardzo melodyjnej, ilustracyjnej. Każdy numer mógłby stanowić osobną opowieść, np. „Bastogne Blues” niechybnie opowiada o sławnej bitwie z II Wojny Światowej i poprzedzony jest poruszającym wstępem weterana tejże. „Kompania Braci pt. II” nie inaczej…

W stosunku do poprzedniej płyty „200 Tons Of Bad Luck”, całość jest teraz troszeczkę łatwiejsza w odbiorze, bardziej melancholinja, epicka, ale oczywiście nieustająco smutna, piękna i sprawiająca, że zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem się nie starzejesz, skoro chcesz słuchać takiej muzyki zamiast nowego Slayera. Absolutnym topem tego wydawnictwa jest drugi w kolejności, dziesięciominutowy numer „We Forgotten Who We Are”. Rozwija się to to jak jakaś opowieść, której końca nie znasz i wcale nie chcesz poznać, bo powinna trwać wiecznie…  No właśnie, dawno już nie włączałem tak uparcie funkcji „repeat”, jak w przypadku tego krążka. W maju znowu grają w Polsce. Teraz już pójdę z pełną świadomością, czego oczekiwać, bo ten album apetyt podniósł mi okrutnie…

Freak Kozodupnik

Sześć