CRIPPLED BLACK PHOENIX – Bronze (Season Of Mist)

Zaznaczę na wstępie – nie jestem wielkim fanem rocka progresywnego. Z Pink Floyd lubię najbardziej pierwszą płytę, a jeśli chodzi o młodsze kapele szanuję głównie Tool i The Mars Volta, czyli grupy, które nie sposób zamknąć w szufladce pod tytułem prog, ponieważ wymykają się jakimkolwiek jednoznacznym klasyfikacjom. Dokonania takiego Stevena Wilsona czy Haken też jakoś niespecjalnie mi robią, chociaż niewątpliwie ciekawa to muzyka. Dlaczego więc lubię Crippled Black Phoenix – w dużym skrócie mix rocka progresywnego z post-rockiem (który też już mi się znudził)?

Nie wiem. Wiem tylko, że wydali kolejną, dobrą płytę. Nie jest przełomowa, ani w żaden sposób odkrywcza, jednak panowie coraz bardziej uciekają od dłużyzn i przynudzania, zastępując je ciężkimi, żeby nie powiedzieć post-metalowymi riffami. „Bronze” to eklektyczna, pełna odniesień płyta. Znajdziecie tu sporo stonera – weźmy na przykład główny riff z „Deviant Burials” czy drugą część „Champions Of Disturbance”, brzmiącą jak nieślubne dziecko Black Sabbath i Thin Lizzy, nie wspominając o „Turn to Stone” – nie dość, że kawałek mocno stonerowy, to jeszcze z wokalnym udziałem Arvida Jonssona z Greenleaf. Oprócz tego oczywiście post-rockowe wstawki, Pink Floyd oraz Boards Of Canada. Pełno tu dusznego klimatu, a pisząc o dusznym klimacie mam na myśli na przykład atmosferę „Songs For The Deaf” wiadomego zespołu – swoją drogą takie „No Fun” spokojnie można by na tym krążku umieścić. cbp

Zastanawiam się, na ile fakt, że każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie jest siłą, a na ile mankamentem „Bronze”. Czy przypadkiem rozstrzał stylistyczny nie jest zbyt duży? Miałem niekiedy wrażenie, słuchając płyty, że się kupy nie trzyma – tak jakby zredukowanie progowych elementów spowodowało, że Brytyjczycy nie potrafili tych kompozycji spiąć klamrą. Nie miałem podobnych odczuć w przypadku poprzedniej płyty „White Light Generator”, a przecież i ona była raczej krokiem w kierunku ciężaru oraz zwięzłych kompozycji, aniżeli rozbudowanego grania.

Jedyne co mnie dziwi to fakt, że Crippled Black Phoenix dopiero teraz zaczyna grać ciężko. Przecież spiritus movens zespołu, jego żeglarzem i sterem, jest Justin Greaves, były perkusista m.in. Electric Wizard czy Iron Monkey. Wydaje się, że dopiero teraz uśpione fascynacje wychodzą na wierzch. Jeżeli więc liczyliście na powrót do „200 Tons Of Bad Luck” zawiedziecie się – „Bronze” jest znacznie bardziej intensywny i dosadny. Warto na własne uszy się przekonać, jak panowie zrywają, ostrożnie co prawda, z łatką prog rockowej kapeli.

Paweł Drabarek

Cztery