CRIPPLE BASTARDS – Nero In Metastasi (Relpase)

Gdybym miał teraz przedstawić wam historię tego zespołu, recenzja w założeniu forma krótka, zmieniłaby się w rozlazły i wielostronicowy elaborat. Włoski Cripple Bastards to w dużym skrócie i uproszczeniu prawdziwa legenda gatunku, który określić można jako specyficzną hybrydę punk/thrash/hardcore/grindcore. Od lat stoją na straży niszy, którą stworzyli specjalnie dla siebie, zawsze trochę na opak z akurat panującymi trendami, zawsze w stylu, o którym można powiedzieć, że pełen jest gracji i luzu. Nowe wydawnictwo CB to w moim odczuciu ich najmocniejszy album i w sumie nie ma nic dziwnego w tym, że będąca dziś bardzo daleko od takiego grania Relapse wzięła zasłużoną dla hałasu ekipę pod swoje skrzydła…

„Nero in Metastasi” to album, który urzekł mnie swą bezpretensjonalną wręcz dzikością. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się po ekipie z takim bagażem doświadczeń aż tak świeżej porcji dźwiękowej przemocy. Od pierwszych taktów wybornie thrash/grind’owego „Strage di Ostacoli” Cripple Bastards pokazują, że nie mają w sobie nic ze statecznych, dojrzałych muzyków, którzy po latach grania zwracają się w kierunku muzyki progresywnej i piętnastominutowych solówek. Co to, to nie! Nowe dźwięki z tegoż obozu to materiał bardzo dojrzały lecz dojrzały w sposób obłędnie ekstremalny. Wraz ze wspomnianym już wyżej „Strage di Ostacoli” zespół ukazuje nam pewien kierunek w jakim będzie podążał album; wiadomo, lekko nie będzie. Właściwie każdy numer jest tu dobrym pretendentem do miana kompozycji, nad którą warto jest się zatrzymać i drążyć. Dlaczego? Nowe dzieło włoskich legendarsów to nic innego jak płyta cholernie ciekawa. Mógłbym tu przytaczać dowody jak to wiele środków wyrazu używa dziś Cripple Bastards, jednak nie tędy wiedzie droga ku recenzenckiemu spełnieniu. Poczynając od doskonałego stojącego gdzieś na linii demarkacyjnej pomiędzy old schoolem a nowocześnie tłustymi produkcjami brzmienia a skończywszy na świetnie dobranej dynamice albumu jako całości, zespół cały czas tworzy coś o czym można wyrażać się jedynie w superlatywach.

„Nero in Metastasi“ nie daje chwili wytchnienia i nawet w tak pulsującym hard core’owo/industrialnym tembrem, wolno płynącym numerze jak „Splendore E Tenebra“ (swoją drogą utwór ten to duże zaskoczenie) prezentuje bardzo długą i ciekawą formę. Utwór aż kipi tak rzadko spotykanym na płytach z tego rodzaju muzyką transem i mrokiem. Dodatkowo naprawdę świetnie wpływa na dynamikę samego albumu, gdyż po porcji brutalnych strzałów wprowadza dość niepokojącą i dziwną atmosferę, która jednak kończy się wraz w kolejnym, niesamowicie niszczącym „Morti Asintomatiche“ trwającym, bagatela, całe sześć sekund. Trans zestawiony z furią dają efekt porażenia, z którego wyrywają słuchacza kolejne, już bardziej standardowo ukształtowane kawałki. Płyta to ciągły balans pomiędzy gatunkami, chwilami w wielu partiach jest to jazda bardzo thrash’owa, mocno podparta dzikim punkiem i hard core’m, chwilami zespół urywa się wszelkim próbom zaszufladkowania, grając po prostu po swojemu i to właśnie jest największym atutem materiału: własny, niepowtarzalny charakter i autentyczne brzmienie rzeczy, których dziś ze świecą szukać.

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół