CRAB INVASION – Trespass (Postaranie Records)

Debiutancki album lubelskiej (choć w sporej części stacjonującej w stolicy…) załogi to idealny dowód na istnienie nowoczesnej muzyki rozrywkowej. Jasne, każdy pod tym pojęciem znajdzie coś innego, jednak wspólny mianownik w postaci tanecznego bitu połączy wszystkich miłośników muzyki, wywołującej szeroki uśmiech na twarzach. Dokładnie z takim bananem kończę każdą randkę z „Trespass”.

Młodzi, krajowi muzycy w XXI wieku coraz odważniej sobie poczynają. To już nie lekko rubaszne łypanie na rew romantic, nie egzaltowane snobowanie z koszykiem pełnym kaset z 92 roku. To świadome odniesienie do bardzo różnych bodźców, co stymulują ich niekoniecznie punkowym riffem czy metalowym ciężarem. Crab Invasion jest od tych, symptomatycznych dla młodzieży ciągotek oddalony o lata świetlne. Czasami mam wrażenie, że nie urodzili się w Polsce, ba, nawet nie w tej epoce. Są lekko niedzisiejsi i wraz z innymi, niedzisiejszymi tworzą awangardę krajowej sztuki bezapelacyjnie rozrywkowej. Warto dodać, że słowo to w kontekście „Trespass” rozumiane jest całkowicie dosłownie.

Muzycy przyznają, że mieli obawy, decydując się na tworzenie dźwięków tanecznych, jednak efekt jest zwyczajnie doskonały. Jednocześnie zespół udanie wpisuje się we współczesny hype na wszelkiego rodzaju indie – flirty. Bo też i na tej płycie wpływów jest co nie miara, choć całość brzmi bardzo spójnie.CI2

Jeśli miałbym scharakteryzować zawartość krążka, użyłbym sformułowania „wyglądają jak młody Duran Duran a grają niczym stary Genesis”. Funkowy puls piosenek krzyżuje się z lejącymi partiami syntezatorów (disco?), nosowy, wysoki wokal współgra z partiami ferdinadowatej gitary. Prostota wyrażona za pomocą finezyjne zagranych nut. Konfekcja wprowadzona na salony. Płyta chwyta od pierwszych dźwięków i przez kolejne utwory pokazuje nam, jak bogato może być zaaranżowana muzyka taneczna. Crab Invasion zgrabnie unikają siermięgi, jednocześnie stawiają na bardzo naturalny, momentami wręcz surowy miks, czym odróżniają się od działających na podobnej orbicie formacji z UniqPlan na czele. Jednocześnie zostawiają sobie kilka wyjść awaryjnych, zapowiadając zresztą w wywiadzie, że kolejny materiał będzie mocno różnił się od „Trespass”. Co nie zmienia także faktu, że nie unikną wrzucenia do worka z napisem „indie pop”. Czy jest to dla nich za wąska szuflada? Raczej nie, bo zgrzyty, mocniejszy, rockowy posmak sprowadzony tu zostaje do drobnych ozdobników, pole pozostawiając pluszowej „popowatości”. Jak udaje im się to połączyć z porywającym pulsem perkusji – to już tajemnica muzyków. Warto wsłuchać się w pracę poszczególnych instrumentów, bo sporo tu fajnej, niemal wirtuozerskiej roboty. Świetne pochody zapodaje basista, dostajemy dużo fajnych melodii, słychać, że zespół nie ma zamiaru bawić się w udziwnianie muzyki, zależy mu na prostym przekazie. Choć i tu możemy trafić na kilka fragmentów, które zdradzają, że gdyby chcieli, mogliby mocno powyginać kręgosłup aranżacjom (chociażby lekko transowa końcówka „Pebbles, Beads and Mirrors”). Takich zabiegów, wyskakujących przed zorganizowany szereg jest tu jednak dość mało, bo wszystko podporządkowano jednej, naczelnej idei – sztuce rozrywki. Jasne, mógłbym się wymądrzać i wyciągać z tych brzmień pewne porównania do takich czy innych artystów, ale pozostanę jedynie przy stwierdzeniu, że muzykę minionych dekad zespół przerobił wzorowo. Zabawę pozostawiam Wam, szanowni czytelnicy.

Z drugiej strony, nie zamierzam pomijać tego, że formalnie Crab Invasion niczego oryginalnego nie odkrył, bazując raczej na sprawdzanych, choć raczej często pomijanych przez rodzimych artystów wątkach. Uczynił to jednak z dużą dozą bezpretensjonalności, i nawet jeśli gdzieniegdzie przebija jeszcze leciutkie niedoszlifowanie, zakładam raczej, że to celowe przybrudzenie formy (przecież jesteśmy tylko ludźmi…) niż nieświadome potknięcia. Niewątpliwie jeden z lepszych debiutów na krajowej scenie nowoczesnej, flirtującej z popem alternatywy.

Arek Lerch

Pięć