COUGH – Ritual Abuse (Relapse)

Są wśród nas zespoły, które mogą budzić grozę. Grozę osiąganą nienaturalnie wykorzystanymi instrumentami. Cough to tylko bas, bębny i gitary, ale upiorne dźwięki, które z nich wydobywa, godne są samego diabła. Zaiste, nazwa (cough – kaszlnięcie) dobrana idealnie…

Druga płyta Cough to tylko pięć kawałków ale za to niszczących szare komórki lepiej niż wysokoprocentowy alkohol etylowy. Cough dociera do jądra sludge metalu, rozszczepia go, pokazując, gdzie tkwi sedno. Najbardziej plugawe elementy doom metalu, gryzący gitarowy piach, psychodeliczna, sfuzzowana głębia i upiorny klimat osiągane są za sprawą wszechobecnych sprzęgów, zgrzytów i szumów. Zespół w zasadzie nie próbuje nawet grać klasycznie rozumianych riffów, rozkładając akordy na czynniki pierwsze. Wykorzystując patent dekonstrukcyjny Sonic Youth ubiera swoje wizje w szaty absolutnie własnych, nieogarniętych, gitarowych wyziewów, łączy to powolnymi, walcowatymi partiami perkusji. Nowa płyta, w stosunku do dwa lata młodszej „Sigillum Luciferi”, to być może lekkie przesunięcie ciężaru w stronę akcydentalnie zaznaczonej melodyki, ale i tak panowie David Cisco i Parker Chandler nie znają pojęcia „piosenka”. W wielu momentach mamy wrażenie, że to wręcz ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu grozy. Rozciągnięte zazwyczaj do dziesięciu minut eksplozje hałasu, zahaczające o noise, piaszczystą psychodelię, wspomaganą wokalnymi zawodzeniami, podobnymi do majaczeń Wyndorfa, kiedy Monster Magnet „podróżował” jeszcze przez krainę wiecznych kwasów. Trudno polubić „Ritual Abuse”, bo to bardziej muzyka użytkowa, nadająca się na tło do narkotykowych eksperymentów, czy bliżej nieokreślonych, ale zapewne okultystycznych obrzędów. W takim wymiarze Cough może sprawić wiele radości, musicie być tylko konkretnie oderwani od rzeczywistości. Gdyby dzisiaj jakiś szalony reżyser chciał nakręcić remake „Odmiennych Stanów Świadomości”, z pewnością może zamówić u Cough ścieżkę dźwiękową.

Arek Lerch 3,5