CORRUPTED – Garten der Unbewusstheit (Nostalgia Blackrain)

Corrupted od kilkunastu lat niezłomnie buduje wokół siebie otoczkę najbardziej zdziwaczałego zespołu na świecie. Nigdy nie udzielili wywiadu, nie dali sobie strzelić profesjonalnych fotek i, cholera wie dlaczego, śpiewają po hiszpańsku (a przynajmniej czynili to do tej pory). Jeśli takie nabzdyczenie i ostentacyjność wydaje się komuś drażniące i sztuczne, radzę zapoznać się z najnowszym albumem Japończyków. „Garten der Unbewusstheit” ponad wszelką wątpliwość dowodzi bowiem, że naprawdę mają w dupie to, czy ich lubimy.

Corrupted słuchaczy swoich nie oszczędzali nigdy, serwując horrendalnie długie, nieraz kilkudziesięciominutowe sludge’owo/doomowe betoniarki pozbawione jakichkolwiek upiększeń, kwiecistych aranży czy przyjaznych dla ucha psychodelicznych pasaży. Jeśli jednak taki „Paso Inferior” wydawał się szczytem nieprzyswajalności, to co powiedzieć o „Garten der Unbewusstheit”? Nie ma co wierzyć pogłoskom, że Corrupted skapcanieli i grają teraz dla fanów Isis i Mogwai – parafrazując klasyczne zawołanie, ten album zabija fana indierocka w pięć sekund, a recenzenta Porcys w trzy. „Garten…” to nowy, wyrafinowany rodzaj tortur dźwiękiem, w którym coraz mniej nut niesie coraz większy bagaż negatywnych emocji. Pierwszy, bagatela półgodzinny utwór przez kilkanaście (!) minut mami postrockowym krajobrazem, by rozwinąć się w motyw niemal żywcem wyrwany z ostatnich dokonań Esoteric. Drugi numer okazuje się akustycznym interludium i dopiero wieńczący płytę „Gekkou No Daichi” (kolejne wyrwane ż życia pół godziny) to Corrupted jaki znamy i jaki kazał na siebie czekać cztery lata i pierwszych czterdzieści minut albumu. Albumu, dodajmy, znakomitego i bardzo odważnego tak w dorobku zespołu, jak i w kontekście całego gatunku. Japończycy bez trudu odfajkowaliby kolejny jednootworowy album na pół dnia słuchania topornych riffów, a jednak poszli dalej, wyłuskując grobowy klimat spomiędzy monotonnych, minimalistycznych dźwięków i misternie budując napięcie bez oglądania się na oczekiwania i odporność słuchacza. Gdy cała tzw. scena sludge’owa unifikuje się pod sztandarem ogranego schematu i kolektywnie żuje własny ogon, Corrupted znów sunie pod prąd doskonale świadom tego, że cisza może być takim samym instrumentem jak przesterowana gitara.

„Garten der Unbewusstheit” przypomina, że słuchanie muzyki nie musi być tylko sposobem na wypełnienie wolnego czasu bądź brakującego tła do niezobowiązujących czynności, że płyta może być wyzwaniem i jazdą na granicy przyjemności i bólu. W czasach, gdy mało kto potrafi skupić uwagę na trzyminutowej piosence z radia, Corrupted bije słuchacza w potylicę młotem kowalskim i proponuje (czy raczej „wpycha w gardło”) muzykę, która słuchana bez należytego skupienia brzmi jak prymitywny postrock przepleciony prostackim doom metalem. Tymczasem jest to jedna z najbardziej ekscytujących płyt, jakie słyszałem w ostatnich miesiącach. Kto nie lubi Corrupted ten Anna Gacek!

Bartosz Cieślak   5,5