CORROSION OF CONFORMITY – No Cros No Crown (Nuclear Blast)

Na ten powrót zanosiło się od dłuższego czasu. Gdzieś od 2014, kiedy to Keenan raz jeszcze dołączył do koncertowego składu COC. Mimo tego, oficjalną zapowiedź „No Cross No Crown” przyjąłem jak coś absolutnie niespodziewanego, a ekscytacja mieszała się we mnie z obawami o klasę tego materiału. Wybacz mi, Pepperze Keenanie, że zwątpiłem. Nie wiem, czy kiedykolwiek było lepiej…

Pozytywnie nastrajać mógł chociażby fakt, że wspomniana trasa, odbywana w czteroosobowym składzie, odpowiedzialnym za klasyki w rodzaju „Deliverance”,”Wiseblood” czy „Blind”, zdawała się nie mieć końca. Jakby coś na powrót zażarło, a panowie odnaleźli w sobie chemię sprzed lat. Z drugiej strony – wszystko to mogło okazać się ledwie życzeniowym myśleniem tysięcy osieroconych po wydaniu „In the Arms of God” słuchaczy, sam krążek zaś – kolejnym dowodem na to, że do pewnych spraw zwyczajnie nie powinno się wracać. Osieroconych, oczywiście, w przenośni, bowiem „stare”, punkowe, COC nagrywać nie przestało. „Corrosion of Conformity” i następujące po nim „IX” miały swoje momenty i udowadniały zarazem, że i bez Keenana sporo tej południowej duszy w zespole siedzi. Jednocześnie były to (szczególnie „IX”) krążki rozczarowująco nierówne i rozchwiane. Niezdecydowane w braku równowagi pomiędzy puszczaniem oka do hardcore’owych korzeni i tym prostym, bujającym południem. Jasnym stało się, że Pepper wnosił do całej układanki zapach wielkiego świata i niewymuszony luz, czyniąc całość – co tu dużo mówić – znacznie bardziej kompletną, nikomu nie umniejszając.

Wszystko to udowadnia raz jeszcze na „No Cross No Crown”. Już w otwierającym „Novus Deus” daje znać o sobie charakterystyczne brzmienie jego duetu z Weathermanem, uświadamiając, jak bardzo brakowało go na dwóch ostatnich płytach COC. Siedzący na wszystkim wokal nadaje tym utworom jakiegoś piosenkowego sznytu, a dodatkowo sama, jakże wyczuwalna, obecność Keenana czyni ten krążek pełniejszym. Dojmujące wrażenie jakiegoś ubytku znika.Corrosion-of-Conformity

Oczywiście, nie ma tutaj mowy o rewolucji, chociaż „No Cross No Crown” to absolutnie nie jest festiwal znanych z przeszłości, tanich chwytów. Nawiązania przybierają postać ulotnych mrugnięć okiem i nie mają nic wspólnego z nachalnością, nawet, jeżeli momentami odpowiednie tytuły same nasuwają się na myśl (vide: „Little Man” jakby żywcem wyjęty z „Deliverance”). Wydaje się, że muzykom udało się znaleźć złoty środek – zachowano przecież konwencję, w ramach której grupa nagrywała swoje największe dzieła, z drugiej strony – „No Cross No Crown” to płyta brzmiąca bardzo świeżo i wypełniona doskonale napisanymi piosenkami. Całość wręcz płynie, w czym duża zasługa charakterystycznych dla albumów COC interludiów, pretendujących miejscami do miana niepozornych dzieł sztuki. Sól tego krążka dzieje się pomiędzy nimi – w niejednoznacznym „The Luddite”, heavymetalowo rozkrzyczanych „Forgive Me” i „E.I.M”, czy w „Nothing Left To Say”, który klimatem przypomina „Over The Under” Down. Zaskakująco wiele na tej płycie heavy metalu i ukłonów kierowanych w stronę mistrzów z Birmingham, ale jest to jakże miła niespodzianka. Jakiś ożywczy element.

Co najważniejsze – próżno szukać na „No Cross No Crown” nawet śladu przeciętnej piosenki. Nawet, jeżeli rzadkimi momentami muzyka płynie niebezpiecznie blisko typowo stonerowych, kwadratowych zagrywek, nie jest to droga na mieliznę, a przedsmak czegoś większego i lepszego. Mam tak na przykład z zamykającym „A Quest To Believe (A Call To The Void)”, który z czasem przeradza się w leniwie rozedrganą celebrację, chwilę prawdziwego piękna. W moim rozumieniu płyty nieprzeciętne niosą w końcowych swoich dźwiękach uczucie powrotu z jakiejś wielkiej, dalekiej podróży, i tak właśnie jest w przypadku „No Cross No Crown”. To jeszcze jeden dowód ogromnej klasy tego krążka. Czegoś tak dobrego się zwyczajnie nie spodziewałem…

Adam Gościniak

Pięć i pół