CORROSION OF CONFORMITY – Corrosion of Conformity (Candlelight)

Historyczna prawidłowość głosi, że kiedy kapela tytułuje album swoją nazwą, znak to że znajduje się w momencie szczególnym, a bywa, że i schyłkowym. Takoż i krętymi drogami błądziła kariera Corrosion of Conformity, by w końcu doprowadzić zespół do punktu, w którym musiał on się reaktywować mimo, że nigdy tak naprawdę się nie rozwiązał, nagrać płytę bez lidera, który nigdy nie odszedł i wymyślić się na nowo pozostając sobą. „CoC” nie brzmi jak rezultat bolesnego porodu i rzeczywiście pozwala się uznać za udany powrót. Zwłaszcza, jeśli zapomnimy na moment, że Mike Dean nie zawsze śpiewał, a Woody Weatherman nie zawsze był głównym kompozytorem.

Pierwszą sympatyczną konkluzją związaną z „CoC” jest fakt, że Pepper Keenan nie jest jednak demiurgicznym samcem alfa, który w pewnym momencie zdominował trzech punków każąc im grać pod Allmanów i Black Sabbath. Jego odejście nie zaowocowało na szczęście powrotem reszty składu do klimatów HC/crossoverowych pod hasłem „wreszcie sobie kurwa odbijemy”. Stylistycznie nowy-nie-nowy Corrosion of Conformity startuje tam, gdzie sztafetę porzucił „In the Arms of God”, bodaj najmocniejszy i najbardziej surowy materiał z Pepperowej ery. Rdzeń płyty stanowią zatem klasycznie hardrockowe zagrywki, z pojedynczymi odchyłami w stronę łagodniejszą (instrumentalny „El Lamento de las Cabras”) lub prawie punkową („The Moneychargers”), bluesrockowe inklinacje „America’s Volume Dealer” wyparowały niemal zupełnie. Nie jest też „CoC” zbiorem hitów jak „Wiseblood”, i mimo zasadniczo prostych struktur wymaga jednak skupienia i wgryzienia się w aranżacyjne smaczki zamiast prześlizgania się po powierzchni refrenów.

Po prawdzie, jedynym tak zwanym zarzutem, jaki można wysunąć w stosunku do „CoC” (nie licząc kiepskiej okładkowej wariacji na temat klasycznej ikony) jest ten najbardziej tendencyjny – brak Peppera Keenana i wszystkiego, co wnosił on do twórczości Corrosion of Conformity. Nie odmawiam Deanowi, Weathermanowi i Mullinowi prawa do grania pod tą akurat nazwą, w końcu to oni zapracowali na miano jednej z najlepszych hardcore’owo-thrashowych kapel lat 80. Doceniam uczciwą postawę i wysiłek, by „CoC” nie brzmiał jak smutne poszukiwanie straconego czasu i pretekst, by dorobić sobie na letnich chałturach dla fanów Down. Sama płyta jest spójna, przemyślana, znakomicie zaaranżowana (partie perkusji!) i brzmi odpowiednio surowo, a przy tym selektywnie… I niby rozsądek podpowiada, że liczy się jakość a nie metka, ale trudno zapomnieć o tym, jak rewelacyjne rzeczy powstawały pod tym samym szyldem, kiedy jeszcze tercet był kwartetem. Magia nazwy jednak działa, podobnie jak ogromny sentyment do „Deliverance” i „Wiseblood”, którymi można by mieszkania ogrzewać i wodę w garach gotować. Chciałoby się więcej tych charakterystycznych riffów, slide’owych solówek i podsłuchanej u Ozzy’ego żarliwości wokali Keenana, bo umówmy się – Mike jest wielki sercem, ale grdykę ma wyraźnie wątlejszą. Trochę nie wypada mi narzekać na to, czego nie ma kiedy można chwalić to, co jest. To przecież naprawdę dobry materiał z paroma słabszymi punktami, a i tak o wiele lepszy niż szczytowe osiągnięcia innych kapel, którym Corrosion of Conformity przecierał szlaki, gdy jeszcze nikt nie nazywał takich nut „stoner rockiem”. Warto się z „CoC” zaprzyjaźnić, albo i poczekać na wydanie winylowe, może okładka będzie lepsza.

Bartosz Cieślak      4,5