CORMORANT – Diaspora

Po „Diasporę”, czwarty krążek amerykańskiego Cormorant, sięgnąłem z ciekawości, przy czym był to ten rodzaj ciekawości, który towarzyszy – dajmy na to – pierwszej konsumpcji jakiejś egoztycznej potrawy. Czyli ciekawość, owszem, ale wymieszana ze strachem i obrzydzeniem. Nie jestem fanem progresywnego metalu (nieważne czy to black, death czy thrash) i bałem się, że umrę z nudów, ale na moje szczęście okazało się, że Cormorant owszem, gra progresywny black/death, ale bez dłużyzn (mimo że najdłuższy numer na nowym krążku trwa 26 minut), lania wody i tanich chwytów (z małym wyjątkiem).

Zanim jednak do tanich chwytów przejdziemy, skupmy się na tym, co pozytywne. W porównaniu do poprzednich krążków jest przede wszystkim mniej agresywnie. Kompozycje są znacznie dłuższe, ale mają w sobie lekkość, dużo wpadających w ucho riffów i melodii oraz zaskakująco przyjemny flow. Co tu dużo mówić – godzina mija jak z bicza strzelił, mimo że składają się na nią jedynie cztery utwory, w tym ponad 25-minutowe opus magnum Cormorant, czyli „Migration”. Sporo tutaj spokojnych, niemal medytacyjnych momentów – najlepszy jest chyba fragment z „Sentinel”, który rozwija się bardzo powoli i wokół którego zasadniczo zbudowana jest cała druga połowa utworu. Nie znajdziecie na „Diaspora” wściekłych, superszybkich zagrywek, niekiedy zahaczających o hardcore, jak na „Earth Driver”. Cormorant jest tutaj jeszcze bardziej progresywny; bardziej elegancki. Jest w tej muzyce dużo przestrzeni, a co za tym idzie, dużo dynamiki. Wszystko to osiągnięto prostymi środkami – bez technicznych wygibasów, połamanych rytmów i zaskakujących riffów.band

„Diaspora” to prawdopodobnie najbardziej ambitne dzieło amerykańskiego kwartetu, ale jest przy tym dziełem zaskakująco słuchalnym, nawet dla kogoś, kto w takiej stylistyce nie siedzi. Nie ma momentów, przez które trudno byłoby przebrnąć. Wyobrażam sobie, że nawet jeśli ktoś nie lubi black metalu, będzie w stanie przetrawić te szybsze, typowo blackmetalowe partie i uznać je za niezbędny element układanki. Black jest tutaj fundamentem, ale jest ugrzeczniony i melodyjny, dodatkowo co chwila przeplatany zostaje wstawkami kojarzącymi się z funeral doomem czy psychodelą. Nie da się nie usłyszeć inspiracji Mastodon. Już na poprzednich płytach zespół z Atlanty był słyszalny – np. ostrzejszych partiach, kojarzących się niemal z „Leviathan” – natomiast na „Diaspora” najbardziej mastdonowy jest najkrótszy na płycie „The Devourer”: refren jest niemal jak żywcem wyjęty z „Once More ‘Round The Sun” czy „Emperor Of Sand”. Nie wiem czy traktować to jako osobliwy hołd złożony starszym kolegom, czy nieświadomą zrzynkę, ale ów fragment pasuje tam jak pięść do nosa. Cały ten numer jest kiepski i przewidywalny – nie płakałbym, gdyby „Diaspora” był krążkiem o te 7 minut krótszym.

Rok 2017 zdecydowanie nie jest – póki co – dla black metalu równie udany, co 2016. „Värähtelijä”, „Kodama”, „Unortheta” czy „Księżyc Milczy Luty” to fantastyczne krążki, a przecież w poprzednim roku ukazały się także nie mniej udane „Slow Forever” Cobalt czy „Rheia” Oathbreaker. Jeśli chodzi o 2017 moim faworytem pozostaje portugalski Black Cilice i kapitalny „Banished From Time”, ale przyznam, że nowy krążek Cormorant urzekł mnie, mimo że zupełnie się tego nie spodziewałem. Kłuje w uszy refren pod Mastodon, ale jestem go w stanie przeboleć; bałem się, że takich fragmentów będzie więcej.

Paweł Drabarek

Cztery i pół