CONVULSE – Evil Prevails (Svart Records)

Kiedy w 2006 roku ukazała się „Stinking Up The Night” Death Breath, świat przypomniał sobie jak wiele radości może dać stara recepta na deathmetalowe granie. Gatunek dobrnął już niemalże do muru jeśli chodzi o komplikowanie struktur czy bicie rekordów prędkości, więc był to odpowiedni moment, by zrobić krok w tył i przypomnieć sobie jak pisać chwytliwe piosenki o grobowym nastroju. Przeżyjmy to jeszcze raz, pomyśleli starzy. Przeżyjmy to, co kiedyś przeżyli ci starzy, pomyśleli młodzi. Powrócili dawni idole i dawni, co nigdy nie zostali idolami, ale pomyśleli, że może tym razem się uda. Pojawili się młodzi, którzy pomyśleli, że zostaną takimi samymi idolami jak ci starzy, którzy idolami zostali. A wszyscy oni chcieli grać death metal starej szkoły. I przez chwilę było to naprawdę fajne.

Mamy jednak rok 2013 i nikt mi nie powie, że cała ta nowa fala „oldschoolowego” death metalu wzbudza w nim jakąś niesamowitą ekscytację. Mieliśmy co prawda bardzo udane powroty z grobu, jak w przypadku Asphyx, Autopsy czy Divine Eve. Mieliśmy sporo utalentowanych młodzieńców jak Morbus Chron, Sonne Adam albo Tormented (ci ostatni młodzi jedynie szyldem). Ale mamy też setki zespołów, które do gatunku nie wnoszą absolutnie nic, sprawiając, że historia zatacza koło i podobnie jak w połowie lat 90., zainteresowanie słuchaczy ucieka w inne rejony metalowego łomotu. Co gorsza, wszystko to zaczyna powoli przeradzać się w koncert życzeń. Zagrajcie nam tę starą płytę w tym starym składzie! OK, już pędzimy! I zespół zapomina o tym, co chciał robić, skupiając się na tym, by najmniejszym kosztem zyskać poklask gawiedzi. Odkurzamy nasze stare logo, wyciągamy sprzed telewizora łysiejącego pijaczka, który grał z nami na naszych pierwszych kasetach demo i robimy sobie fotki takie jak wtedy, gdy mieliśmy lat piętnaście. Niektórym faktycznie udaje się to spijanie śmietanki, ale czy chcemy słuchać płyt, które powstają motywowane takim pobudkami? Czy chcemy oglądać muzyków maskujących łysiny czapkami w środku lata? Patrzę na to, co dzieje się dookoła i myślę, że chcemy. A przynajmniej wy chcecie.

Mamy więc Convulse, które po latach powraca ze swoją trzecią płytą, zawierającą oczywiście to, czego słuchacze pragną najbardziej, czyli death metal starej szkoły. Nieistotne, że już w 1994 roku Convulse odeszło od czystego death metalu na płycie „Reflections”. Skoro ludziom się to nie podobało, to zwalmy to na błędy młodości i cieszmy się, że znowu grają tak jak chcemy. Od strony tekstowej nie wznoszą się może na wyżyny kreatywności (o czym świadczą tytuły w rodzaju „Reborn In Chaos”, „Unholy War” czy „God Is Delusion”), ale przecież nie tego od nich oczekujemy. „Evil Prevails” różni się nieco od debiutanckiej „World Without God”, ale podobnie jak ona nie wykracza poza deathmetalowy schemat. Podobnie jak ona jest też płytą solidną, która może sprawić nieco frajdy wygłodniałym maniakom, ale raczej nie przejdzie do historii jako album szczególnie dla gatunku istotny. Dzisiejsze dokonania Convulse postawiłbym na tym samym poziomie co twórczość Cianide albo Nirvana 2002, więc jeśli te nazwy podnoszą wam ciśnienie, to „Evil Prevails” też pewnie je podniesie.

Mnie jednak ciśnienie trochę opadło i myślę właśnie nad zrobieniem sobie kawy. Przypomniało mi się, że belgijskie Ancient Rites miało kiedyś fajną ep-kę o takim samym tytule jak ta płyta i być może byłoby dobrym pomysłem wrócić tych nagrań. Tym bardziej, że postały one w zupełnie innych czasach i z zupełnie innych pobudek, więc siłą rzeczy tytułowe zło miało wtedy większe szanse na panowanie. Ale o tym pisali inni recenzenci, a ja miałem przecież pisać o nowej płycie Convulse. To może już pójdę robić tę kawę…

Michał Spryszak

Cztery