COMITY – The Journey Is Over Now (Throatruiner Records)

Wstyd przyznać, ale paryski kwartet, mimo 16 lat działalności, był mi dotychczas nieznany. Dopiero najnowsze dzieło zwróciło moją uwagę na ten zespół, bo goście faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia i elegancko wpisują się we współczesne, ekstremalnie eklektyczne czasy.

Najnowsze dzieło zespołu to tylko cztery kawałki, za to ich długości imponują – od skromnych ośmiu minut do kończącego płytę 21 – minutowego kolosa. W sumie bagatela, 52 minuty konkretnej rzezi. Jeśli lubicie zwariowane, pokręcone granie, „Journey…” może stać się małym odkryciem. Wprawdzie nie mam wątpliwości, że zespół raczej kariery wielkiej nie zrobi, jednak po nastu latach hałasowania, czyni swoją powinność najlepiej jak potrafi. Dwa pierwsze kawałki (Part I, Part II) to esencja łamania po linii Converge czy Today Is The Day. Wściekłe, dramatyczne wokale, okazjonalne blasty, apoplektyczny pałker, noise’owy, lekko industrialny odjazd. W połączeniu z surowym, naturalnym brzmieniem muza mocno wali po głowie. To nic, że w szczególnie gęstych miejscach robi się nieco chaotycznie. Zamiast bawić się komputerowym fałszowaniem zespół stawia na akustyczny naturalizm, nawet jeśli coś gdzieś tam po drodze ginie. Jest energia, która rozrywa muzyków, drażniące riffy i niekończące się zmiany, załamania temp i tematów.

Tak mija 20 minut płyty. Potem klimat zdecydowanie się zmienia. Anonsuje to już kawałek opatrzony jakże proroczo tytułem „Part III”. Ponury wstęp, potem akustycznie brzęczące gitary, wspomagane tępo (charakterystyczny werbel bez sprężynek…) bijącymi bębnami. Zamiast zmian i nerwowej narracji – trans i zaduma. Mocno neurosis’owy temat, dający kilka chwil odpoczynku przed wielkim finałem w postaci 21 – minutowej części – a jakże – IV. Tutaj mamy już maksymalny rozmach. Jest trochę zmian (fajne wyciszenie gdzieś pod koniec trzeciej minuty), jednak głównie numer opiera się o ponury, niemal sludge’owy odjazd. Co ciekawe, mimo długości wcale nie nuży, bo zespół potrafi wprowadzić do pozornie monolitycznej ściany dźwięku różne, głównie gitarowe smaczki. Dawno nie spotkałem płyty, która przelatuje przez układ trawienny niczym rtęć. Szybciutko i chce się jeszcze, choć muza to raczej chropawa. Może to efekt długiego stażu muzykantów, którzy wiedzą, jak prowadzić dramaturgię kawałków, może iskra z nieba, kto wie…

Comity niespodziewanie stał się jednym z moich ulubionych zespołów, bo ma coś do powiedzenia i nawet jeśli nie wymyśla prochu to „Journey…” świetnie się słucha. Francuzi stają w jednym szeregu z europejskimi szaleńcami sceny, bo nie wątpię, że na żywo robią szoł nie gorszy niż uciekający Dillinger. Co chętnie bym zobaczył, rzecz jasna…

Arek Lerch 5