COLISEUM – Sister Faith (Holy Roar)

Gdyby sięgnąć pamięcią w czeluście historii hardcore’a, okaże się, że gatunek ten wchłonął po drodze chyba wszystkie możliwe style muzyczne, poczynając od country, przez jazz, na metalu skończywszy. Akurat ten ostatni mariaż przejadł mi się totalnie, na szczęście coraz częściej zespoły przyznają się do jedynego, słusznego okresu, czyli lat 90 – tych, kiedy czysty hardcore kolaborował z alternatywą i odłamami noise rocka. Oczywiście – to tylko i wyłącznie moje prywatne zdanie. Tak samo jak to, że najnowsza płyta Coliseum jest dziełem wnoszącym podobny, świeży oddech co wydany w ubiegłym roku krążek „Rotten Thing To Say” Burning Love.

Coliseum poznałem na poziomie świetnej płyty „No Salvation”, jedynej zresztą porządnie wypromowanej (jakby nie patrzeć, Relapse…) w historii grupy. Zespół ciągle eksperymentował i na kolejnym krążku „House with a Curse” próbował flirtować z nieco bardziej klimatycznym graniem, co, moim skromnym zdaniem, nie wyszło zbyt dobrze. Na „Sister Faith” dominuje na szczęście mieszanka, którą ktoś mądry określił kiedyś ładnie „Killing Joke grający hardcore’a”. Ja dorzucam do tego manierę riffową braci Beeman oraz motorykę Hammerhead i jesteśmy w domu.

Nowa płyta Coliseum to dominacja średnich temp. Zespół zamiast gonić, mocno hamuje, stawiając na morderczą motorykę numerów i pojechane partie gitarowe. W zasadzie trudno tu doszukiwać się siermiężnego riffowania czy np. metalowej artykulacji. Dominuje fascynacja sposobem frazowania Iana MacKaye i starych kapel Discordowych z jednej strony i uwielbienie dla Killing Joke zmieszane z ukłonem w stronę Touch&Go z drugiej. Wychodzi z tego mieszanka przepyszna a jeśli dodać, że zespół bardzo fajnie, z głową aranżuje numery, jestem w siódmym niebie. Jasne, może „No Salvation” był krążkiem nieco bardziej skomplikowanym aranżacyjnie, ale też w części dominowało tam bardziej tradycyjne podejście do hardcore’a. Tym razem zespół nie kryje fascynacji alternatywnymi odmianami rocka, miesza je z bardzo mocnym, na wydechu, łojeniem w instrumenty, nie przesadzając jednocześnie ze zbytnim zapychaniem kompozycji popisami, skupiając się na oszczędnej, ale zajebiście smakowitej instrumentacji. Klimatycznie robi się jedynie w „Love Under Will”, gdzie piękne frazy gra gitara, mocno kojarząca się z manierą Neila Younga. W pozostałych numerach dominuje miarowe pompowanie („Used Blood”, „Late Night Trains” czy „Last/Lost”), zagrane jednak z dużą gracją, pomysłem i przede wszystkim – opatrzone znakomitymi partiami gitary. Ryan Patterson bez bicia przyznaje się, że fascynują go kapele z lat 90 – tych i to wyraźnie słychać w sposobie frazowania, wszystkich smaczkach i kontrolowanym brudzie, który jako żywo kojarzy się z trzódką Amphetamine Reptile Records, jest oczywiście także sporo mocnego, hardcore’owego łomotu, jednak w każdym numerze znaleźć można pomysły frapujące, zaskakujące doborem środków; niby proste instrumentarium, a ile można za jego pomocą wyrazić. Coliseum to zna pewno zespół hardcore’owy, scenowy i squott’owy, jednak od siermięgi gatunkowej dzielą go lata świetlne. Nawiązanie do złotej dekady hałasu nie jest w ich przypadku oryginalne, bo przecież cała masa grup do tego się przyznaje, jednak w ich wydaniu ważne jest, że nie zatracają charakterystycznej, punkowej poetyki a jednocześnie potrafią wepchnąć w nią zawsze coś nieszablonowego.

„Sister Faith” to niewątpliwie najlepsza płyta z hardcore’owej sceny, co do tego nie mam wątpliwości. Płyta ponadczasowa, łącząca pokolenia i dekady a jednocześnie nie tracąca nic z romantycznej poetyki DIY. Dlatego obok mistrzostwa muzycznego Coliseum pozostaje też wiarygodny, pewnie nawet dla największych, scenowych ortodoksów. Chylę nisko czoło, przed Wami, panowie!

Arek Lerch

Sześć