COLISEUM – Anxiety’s Kiss (Deathwish)

Coliseum to dla mnie trochę zespół-zagadka. Od zawsze traktowany przeze mnie jako rozpędzone trio, któremu na drugie imię „d-beat” z całą masą dziarskich jak Charles Bronson riffów. Jednak, od czasów wydania choćby takiego „No Salvation”, które kilka lat wstecz katowałem niemiłosiernie na głośnikach, trochę się zmieniło. Dlatego też znalazłem się w lekkiej konsternacji, kiedy nadszedł czas na odsłuch ich tegorocznego dzieła.

Zmieniło się przede wszystkim tempo. Uwaga, to już nie jest zespół, który nagrał „No Benefit” czy „Seven Cities”. Należy zapytać jednak: czy to źle? Otóż, nie do końca, ponieważ wraz z unormowaniem bpm-ów, pojawiło się coś innego, a mam mianowicie na myśli większą „przestrzeń” do rozbrzmiewania samych riffów. Natomiast talentu kompozytorskiego Ryanowi odmówić nie można – oczywiście, nie zdziwię się, jeśli ktoś tam ponarzeka sobie, że „na jedno kopyto”, za mało energii i agresji etc. Nie ma jednak co płakać, bo cholernie dobrych melodii (niekoniecznie słodkich) mamy na „Anxiety’s Kiss” całe mnóstwo, biorąc choćby pod warsztat takie „Comedown” (jeden z najlepszych na całym albumie) czy promujący całość „We Are The Water”. Kombinowania z rytmem nie ma tu za grosz, ale cóż z tego. O „Songs For The Deaf” wspaniałych kowbojów z Queens Of The Stone Age można powiedzieć to samo, a jednak głupotą byłoby stwierdzić, iż to słaby album (jeśli ktoś uważa inaczej – cóż, jego strata…). W tym tkwi bowiem paradoks i główne zdziwienie nad najnowszym dziełem chłopaków – z jednej strony nie zaserwowali słuchaczom niczego świeżego, z drugiej jednak ich propozycja w żaden sposób nie pretenduje do bycia następcą „Jane Doe”. To po prostu album nie starający się nikogo oszukać, serwujący w zamian dużą, naprawdę dużą garść porządnych riffów, podczas słuchania których należałoby wsiąść do swojego Dodge’a Challengera (może być też Seicento, to w tym momencie nieistotne) i wyruszyć w jakąś zajebiście daleką podróż. Zupełnie donikąd, za cel obierając sobie samą jazdę. coliseum

I taka właśnie jak ta podróż, bo choć obiecuję, iż album ów nie wniesie w wasze życie nic istotnego, zafunduje jednak mnóstwo niczym nieskrępowanej przyjemności i nieświadomego tupania nogą. Nie trzeba chyba nikomu uświadamiać, że Deathwish słabych kapel nie wydaje – jeśli ktoś nie wierzy, niech przesłucha „Anxiety’s Kiss”, jest to bowiem kolejny, mocny dowód na potwierdzenie tej tezy. Słuchać, nie marudzić, a jeśli chłopaki zagrają u nas po raz kolejny, nie zastanawiać się, tylko zaraz rezerwować wolne w pracy i kupować bilet.

Kevin Nazencew

Cztery i pół