COLISEUM – Parasites EP (Temporary Residence LTD)

Krótko i zwięźle – to jest hardcore, jaki lubię najbardziej. Wprawdzie ostatnie, pełnometrażowe dzieło Amerykanów „House with a Curse” nie było do końca przekonujące, ale najnowszą ep-ką zespół znowu powraca na swoje miejsce.


Współczesna scena hardcore jest nasączona sentymentami. Ciągle wzdychamy do lat 80 – tych, 90 – tych, gdzie co i rusz znajdujemy kolejne, świetne zespoły, które w zaskakujący sposób łączyły agresję z nietuzinkowymi pomysłami. Ciągłe porównania współczesnych bandów do Black Flag, Minutemen, Bad Brains i setek innych prekursorów gatunku o czymś przecież świadczą. Na scenie hard core też spotykamy swego rodzaju sentymentalizmy polegające na antycypowaniu tych wykonawców, którzy wyraźnie nawiązują do swoich wielkich poprzedników. I co w tym złego? Nic. Świadczy o tym niniejsza recenzja, która w ciepłych słowach wypowiada się o najnowszej ep – ce Coliseum. Osiem   kawałków, wśród których znajdziemy nowości ale i ponownie nagrane starocie, to przykład fajnego, „miękkiego” eklektyzmu. Płytka zaczyna się dość prostymi, zaskakująco skromnie zaaranżowanymi numerami, które faktycznie mogą kojarzyć się z wczesnym obliczem hardcore’a. Surowe brzmienie i prosty, mocno bity rytm stanowią tu podstawę, choć nawet w nich zespół zaskakuje a to nawiązaniem do Fugazi (pierwsze takty „One Last Night”) czy Hammerhead („Waiting”). Muzyka Coliseum na tej płytce jest w jakiś sposób umiarkowana, skłaniająca się raczej w stronę kompozycji a nie szczególnie agresywnych, pogiętych dźwięków. Tak brzmiały eksperymentujące zespoły z Amphetamine Reptile, tak się grało w czasach, kiedy techniczne przegięcie nie stało się celem samym w sobie. Z całym szacunkiem dla Converge…

Coliseum jednak nie jest takim zwyczajnym zespołem, dlatego im bardziej zagłębiamy się w płytkę, tym więcej świetnych zagrywek wychwytujemy. Sporo jest tu ukłonów w stronę noise rocka z lat 90 – tych („Gone With the Pope”), jest szybki punk rock („Blood of the Beast”), jednak najczęściej słyszę tu powinowactwa z dischordowymi kapelami z Fugazi na czele. Dlaczego? Może za sprawą brzmienia ukręconego przez J. Robbinsa w Inner Ear Studios (Waszyngton), gdzie nagrywały takie tuzy jak Bad Brains, Lungfish czy wspomniana ekipa Iana MacKaye? A może chodzi właśnie o tą „niezagonioną” narrację, granie nieco „od niechcenia”, zabawę gitarowymi dysonansami, które stawiają Coliseum bardzo wysoko w moim prywatnym rankingu? I na koniec moje „numbery one”: dwie perełki aranżacyjnego noise – post – fugazi&sonic  – rozmachu w postaci ponownie zarejestrowanego „Give Up and Drive” i „Ghost of God”, gdzie zespół daje błyskotliwy popis swojego kunsztu.

Być może jak zwykle dałem upust swojej nostalgii, ale przecież moje pisarstwo zawsze było subiektywne i raczej nie przejmowałem się tym, co jest trendy. Bycie na siłę obiektywnym nigdy mi nie „leżało”, dlatego nie mam zamiaru boksować się z własnymi emocjami. „Parasites EP” to kolejny kamyczek przemycony z dawnych czasów, kiedy mp3 występowały w powieściach Lema (może tak, może nie…) a komputery wożono na przyczepie a nie w kieszeni kurtki.

Arek Lerch 5