COLD WIND IS THE PROMISE OF A STORM – postrock.pl compilation vol. 2

Roman Rogowiecki w popularnej reklamie oznajmiał, że najlepsze płyty to składanki. Niekoniecznie chodziło mu o takie kompilacje jak tu opisywana, i niekoniecznie miał rację, ale każda okazja jest dobra, by wspomnieć o tej kultowej, charyzmatycznej postaci. A sam składak „Cold Wind…”? Cóż, z całego serca kibicuję inicjatywie, gdybym tylko mógł równie mocno cieszyć się samą muzyką…

Druga część zainicjowanej przez społeczność postrock.pl kompilacji ponownie odnotowuje zespoły „na dorobku”, mocniej lub słabiej powiązane muzycznie z tytułową szufladką. Pomysł jest oczywiście przedni – zarówno ten, by udokumentować zjawisko i umożliwić młodzieży debiut, jak i ten, by budować DIY-owe grupy samopomocy chłopskiej, wspierać się wzajemnie w organizacji koncertów, promocji i klepaniu po plecach. Szkoda, że znakomita większość utworów zamieszczonych na tym dwupłytowym albumie nie porywa mnie zupełnie, tworząc jednorodną papkę, w której jedna kapela od drugiej różni się obecnością wokalu lub jego brakiem. Nie mówię tu o sferze techniczno-wykonawczej, która praktycznie w każdym przypadku jest bez zarzutu, ale o sztywnym trzymaniu się już nawet nie tyle konwencji, co sposobu budowania utworów, stopniowania nastroju, identycznej dynamiki. Słucham tych młodych-zdolnych ludzi wymiatających cuda-niewidy na instrumentach, a emocjonalnie odbieram to jako rockowe elevator music grane przez zmanierowanych klezmerów. Rozumiem, że „postrock” to jedynie umowna kategoria, ale nijak nie odczuwam duchowego pokrewieństwa tych zespołów z szaleństwem i formalną swobodą Labradford, Godspeed! You Black Emperor czy Slint. Brzmi to wszystko, jakby ulubionymi kapelami polskiej złotej młodzieży postrockowej były Tides From Nebula, Ocean i Riverside. Słyszę wielki potencjał, wyczuwam marzenia o okładce „Teraz Rocka” i otwieraniu koncertów Porcupine Tree, ale zupełnie nie udziela mi się nastrój, na którym taka muzyka bazuje. W całej tej masie błyszczą projekty, które z klasycznie pojmowanym postrockiem mają najmniej wspólnego – genialny, niepokojący eksperyment Echoes of Yul i znakomity (choć znany już ze splitu z Thaw) numer blackmetalowego Outre. Ciekawie wypadają ambientowe impresje Sundrugs i Sleepless Waves. Od biedy bronią się metalizujący Hegemone i „póżnocynicowy” Cereus, obiecująco brzmi dron Cerebus, przynajmniej do momentu, kiedy Marty Friedman zaczyna grać solówkę, która nie zmieściła się na „Scenes”. Reszta ujawnień artystycznych zawartych na obu krążkach tonie w serku homogenizowanym.

Wszystkie powyższe zastrzeżenia w żaden sposób nie dotyczą personalnie inicjatorów przedsięwzięcia, które samo w sobie jest cenne i na pewno potrzebne nie tylko zespołom. Z pewnością niejednemu fanowi zaparują okulary z zachwytu nad tym, że „niby z Polski, a tak dobrze grają”. Do mnie takie rozumienie postrocka (czy jakkolwiek nazwiemy źródło inspiracji) nie przemawia i szkoda mi, że debiutujące kapele niby z ambicjami, zamiast „szukać, burzyć i budować”, dobrowolnie wbijają się w pułapkę melodyjnego banału i swetrowego rocka dla pierdzieli. I choćby młodość skrzydeł dodała, nie wzleci nad martwym światem ten, komu bambosze i wąsy ciążą, a „The Division Bell” ideał sztuki buduje.

„Postrock.pl Compilation vol.2” – oraz jego pierwszą, moim zdaniem znacznie lepszą część – można zedrzeć z bandcampa za darmo, ewentualnie rzucić talara na struny i kalafonię za estetycznie wydane digi dostępne w cenie trzech dobrych piw.

Bartosz Cieślak