COLD – White Lines (Antena Krzyku)

Zawsze starałem się unikać recenzowania zespołów, w których grają znajomi. Już nawet nie chodzi o to, że jak napiszesz źle, to ktoś się obrazi, a jak dobrze, to ktoś inny powie, że to po znajomości. Rzecz raczej w tym, że siłą rzeczy człowiek się na coś nastawia, bo chciałby, żeby ta muzyka mu się spodobała. Bo tak byłoby łatwiej i przyjemniej. Kiedy tak się nie dzieje, to czasem relacje koleżeńskie dostają trochę po tyłku na rzecz relacji muzyk-recenzent, albo po tyłku dostaje recenzencka rzetelność, a przyjaźń trwa w najlepsze. Na szczęście Cold nie uprzykrza mi życia na żadnej jego płaszczyźnie.

Nie będę pisał, że „White Lines” to rzecz na światowym poziomie, bo nie o to w muzyce chodzi, żeby ścigać się z jakimś tam, niby lepszym, światem. Ba, właściwie jedyne, do czego mógłbym się w przypadku tej płyty przyczepić to brak jakiegoś swojskiego pierwiastka. Rodzima scena hardcore trzyma wysoki poziom, ale trochę brakuje mi zjawisk pokroju Armii czy Siekiery, które mimo czerpania z obcych wzorców były jednocześnie bardzo polskie. Na moje ucho „White Lines” mogło właściwie powstać w dowolnym zakątku świata i nie zaspokaja potrzeby, o której wspominam wyżej. Ale, jak już zaznaczyłem, jest to chyba jedyny minus jakiego mogę się w tej muzyce doszukać.

Hardcore to pierwsze słowo jakie przychodzi mi tutaj do głowy, ale w niektórych riffach słychać też echa postpunkowego i nowofalowego grania, czy też garażowej alternatywy. Gatunkowi puryści nie powinni jednak mieć żadnych obiekcji. Cold nie tylko brzmi świetnie i ma w składzie jednego z najlepszych perkusistów rodzimej sceny (Arku, aktualny numer konta wysłałem w osobnym mailu), ale też posiada to, o czym marzyć powinien każdy zespół – umiejętność pisania przebojów. Sam dałbym się pokroić za taki motyw jak ten, który pojawia się w refrenie „These Times Crimes”, albo za wejście do „The Night Before”. I gówno mnie obchodzi, że w tej estetyce wszystko już zostało powiedziane sto lat temu. Jeśli ktoś ocenia muzykę głównie przez pryzmat oryginalności, to zwyczajnie nie kuma czaczy i powinien zająć się czymś innym.Cold Band

Doceniam także to, że „White Lines” trwa jedynie 21 minut, bo lepszy niedosyt niż przesyt, a trudno posądzić zespół o lenistwo, skoro dostajemy aż trzynaście utworów. Muzyka, produkcja, minimalistyczna okładka – wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Wolałbym co prawda polskie teksty, ale to już takie moje zboczenie, a do tego jestem hipokrytą, bo sam przecież pisuję w języku angielskim. Więcej grzechów Cold nie znalazłem i wcale nie żałuję. Bardzo udany debiut.

Michał Spryszak

Zdjęcie: Bartosz Skowron

Pięć