COFFINS – The Fleshland (Relapse)

Podobno początki Coffins tkwią w projekcie, który wykonywał muzykę z rejonów Swans i wczesnego Scorn. Najwyraźniej Japończycy wszystko robią na opak i ich twórcza ewolucja przebiegała w kierunku przeciwnym do tego, który obrali sobie muzycy tacy jak Mick Harris czy Justin Broadrick, dla których brzmienia z pogranicza punka i metalu były jedynie punktem wyjścia. Na płytach Coffins nie znajdziemy ani śladu rocka industrialnego, ani nawet szeroko pojętej muzyki alternatywnej. To czystej wody death/doom metal, a jedyne „obce” elementy przenikają do niego z niespecjalnie odległych prądów sludge’owych i crustowych.

Fanów dotychczasowej twórczości Coffins od razu uspokoję, że zespół nie dokonuje na swojej czwartej (i pierwszej nagranej dla Relapse) płycie żadnej wolty stylistycznej. To wciąż to samo, uroczo toporne granie z rejonów Winter, Divine Eve, Cianide i Nihilist. Już samo wymienianie tych nazw w recenzji sprawia mi radochę, więc tym bardziej cieszę się słuchając dźwięków zawartych na „The Fleshland”. Nie ma tutaj nic odkrywczego, ale w piwie też nie ma, a jest smaczne. I chyba najzdrowiej jest podejść do twórczości Japończyków na tej właśnie zasadzie – jeśli lubicie takie granie i wciąż wam go mało, to ta płyta jest dla was. Nie ma tu bowiem miejsca na filozofowanie i niczego odkrywczego o takiej muzyce nie da się napisać. Pojadę zatem recenzenckim szablonem – Coffins doskonale czują tę estetykę, są dobrymi kompozytorami i opatrzyli swoje nowe utwory odpowiednio skrojonym, surowym acz tłustym brzmieniem, więc na pewno nie ma tutaj żadnej fuszerki. Do tego mają genialną w swojej prostocie nazwę i fajne okładki płyt, zatem tylko złośliwy szuja by się mógł do nich o coś przyczepić. Ja bywam złośliwy, ale szują się nie czuję (w razie czego proszę mnie nie wyprowadzać z błędu), więc uśmiechnę się, pochwalę i po plecach poklepię.

Wiadomo, że w barze „Retro” serwuje się dania nie zawsze pierwszej jakości i nieraz trzeba sobie rzygnąć pod (staro)szkolną ławkę, zastępującą w tym przybytku stół, ale akurat kotleciki serwowane przez skośnookich kucharzy smakują tu nad wyraz wybornie i zrobione są z pełnowartościowego, ludzkiego mięsa, a nie z jednego z naszych podwórkowych, czworonożnych przyjaciół. Wyskakujcie zatem z ostatnich miedziaków, jeśli uważacie, że stary przepis Toma G. Warriora, doprawiony szczyptą szwedzkiego nihilizmu i amerykańskiej zimy, to coś, co postawi was na nogi. Moim zdaniem jest to potrawa grzechu warta, a że w brzuchu ciągle burczy, to poproszę chyba o podwójną porcję z dodatkowymi skwareczkami.

Michał Spryszak

Pięć