COFFINFISH – I Am Providence (Unquiet Records)

Scena muzyczna to taki dziwny twór, który bardzo lubi wszelkiego rodzaju mody. Niech tylko ktoś wymyśli i stworzy dobrą legendę dla kolejnego trendu a od razu pojawia się cała masa naśladowców oraz – co niezmiennie mnie dziwi i śmieszy – ludzie zaczynają praktycznie na siłę wpychać do wora z modą zespoły, które ze sztucznie stworzoną falą mają niekoniecznie wiele wspólnego. Coffinfish to przykład bandu, który być może ma całkiem sporo cech świadczących o tym, że, mówiąc kolokwialnie łapie się na półkę z napisem „post”, ale bądźmy poważni, zespół ten gra muzykę bardzo bogatą, oferującą słuchaczowi całe spektrum brzmień. Dlatego też uważam, że łatka „post” jest dla zespołu nieco krzywdząca. Po niezłej ep-ce Staring at the Abyss dostajemy dziś do rąk debiutancki LP, który jest płytą pyszną pod każdym względem…

Skoro już na wstępie stwierdziłem, że „I Am Providence” to album pyszny, zostawmy szufladki i zasadność tego czy dany zespół powinien dostać taką a może inną łatkę. Skupmy się na muzyce bo ta stworzona przez Coffinfish jest naprawdę konkretnego sortu. Uciekając od rozmów o definiowaniu muzyki i porównań, stwierdzić muszę, że debiut krakowskich muzyków to potężna dawka rocka z wysokiej półki. Dlaczego rocka a nie metalu? Cóż tu znów musielibyśmy zamknąć się w ramach czysto akademickiej dyskusji na temat terminów. Moim zdaniem Coffinfish tworząc swój ciężki, muzyczny obraz opiera się na absolutnie klasycznym fundamencie rockowego grania z lat 70-tych. Owszem, można doszukać się w twórczości tego bandu wielu współczesnych nam inspiracji, ale nie zmienia to faktu, że psychodeliczne, ciężkie granie sprzed kilku dekad jest punktem wyjścia, przynajmniej w moim odczuciu, z którego zespół wyrusza na podbój oceanów.

Coffinfish sami o sobie mówią, że inspirują ich głównie „tajemnice oceanów” i powiem Wam, że płynąc na fali tych dźwięków jestem w stanie się z nimi zgodzić. „I Am Providence” to materiał ciężki i progresywny zarazem. Tajemniczy i psychodeliczny. Mroczny i agresywny. Każdy akord ma tu swoje miejsce i niemiłosiernie, wręcz wyczuwalnie w sposób fizyczny pulsuje tembrem nieznanego. To nic innego jak talent do tworzenia kompozycji autentycznie wielowymiarowych z pomocą w sumie prostych środków sprawia, że obcując z debiutem Coffinfish cały czas towarzyszy mi dziwny niepokój, uczucie, które porównać mogę jedynie do paradoksu odczuwania klaustrofobii w nieskończonej przestrzeni… Tak, ta płyta zniewala i powala jednocześnie.Providence 2014

Począwszy od znakomitego „Zadok Allen” a skończywszy na równie dobrym co długim „Staring at the Abyss” Coffinfish tka płytę, która jest jak opowieść. Właściwie to porównanie jest najlepsze dla poznania istoty tegoż albumu. Opowieść pełną emocji, pasji i zaangażowania. Chwilami lotną, pełną psychodelii, chwilami tonącą we wręcz doom’owych frazach, ale cały czas porywającą i wywołującą ciary na plecach. Muzyka to swoisty zapis emocji jakie towarzyszą twórcom przy ich tworzeniu, dlatego też płyty takie jak „I Am Providence” świetnie opisuje się za pomocą kwestii bardzo ulotnych czyli emocji i odczuć. Wiem, że wiele osób chciałoby przeczytać w recenzji wykaz wręcz technicznych za i przeciw, ale niestety lub stety by poznać te aspekty płyty musicie sięgnąć po nią sami. Powiem tylko tyle: debiut Coffinfish to świetny materiał, zagrany na wysokim poziomie, brzmieniowo bez zarzutu, wokalnie równie dobrze a do tego… pełen potężnych emocji. Mimo iż nie jest to granie odkrywcze, moim zdaniem „I Am Providence” to jeden z mocnych pretendentów do miana debiutu roku.

Wiesław Czajkowski

Pięć