COFFINFISH – Epilogue (Unquiet Records)

Podobno mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna. Prawda to stara jak niejaki Miller Leszek. Spytacie co polityk ma wspólnego z Coffinfish? Odpowiem wprost: nic. Natomiast cytat, który niewątpliwie pozostanie jego życiowym osiągnięciem, pasuje do najnowszego materiału tego zespołu jak ulał. Trzecim wydawnictwem panowie z Coffinfish kończą pewien etap, ale mam nadzieję, że nie zamierzają kończyć z graniem, bowiem „Epilogue” to krążek co najmniej bardzo dobry.

Dwadzieścia jeden minut to niezbyt wiele, ale gdy czas ten przeznaczy się na jedną kompozycję, dla wielu – również zespołów – jest to stanowczo za dużo. Nowa ep-ka Coffinfish to właśnie jeden potężny numer, którym ekipa doskonale puentuje swoje dotychczasowe poszukiwania i powoli zaczyna zerkać w kierunku nowych możliwości. O tym jaką scenę zamierza podbić Coffinfish powiedziano już wiele. Hasło post-metal przylgnęło do zespołu, nawet po świetnym wielowymiarowym debiucie, który w gruncie rzeczy nie był tak łatwy do sklasyfikowania. Nie zrozumcie mnie źle, Coffinfish, podobnie jak kilka innych zespołów z naszego kraju, jest bardzo „post” i  korzystając z dość oczywistych inspiracji, mocno obecnych na współczesnej scenie, buduje muzykę ciekawą, ale też dość łatwo daje się zamknąć w klasyfikacji. Tyle, że akurat ten zespół na tle konkurencji  wyróżnia się przede wszystkim tym, że nie stara się na siłę zostać nowym Isis czy Neurosis. To bardzo duży atut bowiem nie ma nic gorszego niż bałwochwalcze odgrywanie po raz tysięczny pomysłów, które wykiełkowały w głowach geniuszy, ale przez naśladowców mogą być co najwyżej profanowane.Coffin band

Z Coffinfish na tle „Epilogue” sprawa wygląda inaczej. Ansambl ten jest pod dużym wpływem twórczości Neurosis, większym chyba niż kiedykolwiek do tej pory, ale z klimatu i emocji jakimi porażają Amerykanie wyciąga dla siebie coś więcej niż li tylko inspirację. Coffinfish destylują esencję neurosis’owego klimatu i nadają jej własny, autorski smak. Jestem pod wrażeniem. Te dwadzieścia minut jakie trwa „Epilogue” to porywająca, emocjonalna podróż gdzieś na granicę koszmaru. Zespół prowadzi nas za rękę tunelem pełnym strachów, złości… ale też nadziei, że gdzieś za ostatnim zakrętem pojawi się światło. A wszystko w formie napęczniałych emocją dźwięków i pełnych pasji wokali, które płyną od ciężaru i krzyku po niemal eteryczne emocje i czysty śpiew…

O tych dwudziestu minutach w towarzystwie Coffinfish można by mówić długo. Można by chwalić talent kompozytorski, dzięki któremu w teorii przytłaczający numer w praktyce staje się wciągającą opowieścią, można chwalić brzmienie i wokalny kunszt, ale to już czytaliście pewnie w innych recenzjach. By Was zachęcić, powiem tylko tyle, dawano już nie słyszeliście tak naładowanej emocjami muzyki. To powinno wystarczyć za rekomendację.

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół