CLIPPING – Clppng (Sub Pop)

Zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, pod względem muzycznym, ma w sobie wiele z prawdziwego raju, przynajmniej takiego w moim wyobrażeniu. Ilość punkowych klasyków jakie zrodziły kalifornijskie upały oraz bryza Oceanu Spokojnego jest wprost nie do opisania, weźmy za przykład choćby Black Flag. Zachodnie wybrzeże rodzi także wielu artystów, którzy z punk-rockiem nie mają nic wspólnego, jednak bijących słuchacza otwartą ręką z taką samą siłą jak ci pierwsi. Takie porządne uderzenie odczuwamy także, obcując z najnowszym wydawnictwem harsh-rapowego Clipping.

Następca pochodzącego z początku 2013 roku „midcity” zachował w sobie wystarczająco dużo z porażającego debiutu, jednocześnie tworząc nową, unikalną jakość, przez co „Clppng” łamie, oprócz samego języka podczas czytania na głos tytułu płyty, także kręgosłupy i przerośnięte ega wszystkich zapatrzonych w rap, jak na kolejny gatunek muzyczny, który tapla się w swojej własnej stagnacji. W tym momencie przyznam się od razu, że dostałem dzieło, po którym spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Pierwszą sprawą jest fakt, iż na „Clppng” uświadczymy o wiele mniej harczącego, wiercącego mózg hałasu niż na jego poprzedniku. Mi osobiście początkowo zupełnie to nie odpowiadało. Chciałem zabójczej ściany zgrzytów w połączeniu z połamanymi wersami Diggsa. No i rzeczywiście, tego drugiego dostajemy aż w nadmiarze, natomiast co do samej muzyki, bliżej jej często raczej do eksperymentalnego minimalizmu, aniżeli do dokonań Merzbow. Jednak coś, co początkowo uznawałem za wadę, przerodziło się w wielki atut albumu. Musiałem po prostu poświęcić mu trochę więcej czasu, niż się tego spodziewałem. Z pierwotnego, lekkiego poczucia zawodu nastąpił obrót o 180 stopni! Otóż to dzieło w swojej dziedzinie (jeśli możemy w ogóle mówić o istnieniu takowej) to twór absolutnie powalający. Począwszy od ultra szybkich rymów wyrzucanych w Intro, poprzez singlowe „Body & Blood” (jeden z absolutnych faworytów), w których skrajnie minimalistyczny bit miesza się z dźwiękami wiertarki. Bywa też tak, iż muzycy wybierają się w lekką, niezobowiązującą podróż w rejony bardziej konwencjonalnego rapu, jak ma to miejsce w refrenie „Work Work”, gdzie pulsujący, głęboki bas buja słuchaczem niemiłosiernie. Zresztą, odnośnie tego kawałka mam małą uwagę – jeśli ktoś nie jest naprawdę zapalonym fanem twórczości Nicki Minaj, niech śmiało pomija fragment, w którym gościnnie udziela się niejaka Cocc Pistol Cree, osobiście nadaję jej tytuł „najbardziej wkurwiającego flow roku 2014” (i piszę to z pełną premedytacją). Jeśli już zagłębiamy się w struktury pojedynczych kawałków, to na uwagę zdecydowanie zasługują m.in. „Summertime”, „Taking Off” czy kolejny singiel „Inside Out”. Zwracają uwagę także różne zabiegi, których nie mogliśmy uświadczyć na poprzednim albumie, jak np. dziecięcy chór w „Dominoes”. Przyznam, że nie jestem jakimś szczególnie zapalonym fanem tego typu „smaczków”, jednak w tym przypadku spełnia to swoją robotę w stu procentach.Clipping Band

Najnowsze dzieło trójki z L.A. jest więc dziełem niewątpliwie innym od debiutu, za co przeogromna chwała muzykom. Jest także dziełem, które z pewnością nie przypadnie do gustu każdemu, lubującemu się w rapie czy też nie. Jednak zaliczam to jako zdecydowany plus albumu – jest nietypowo, tak więc miałkości oraz wtórności nie znajdziemy tu ani przez chwilę. Bez zbędnego ociągania proszę i polecam od razu zabrać się do słuchania albumu. Don’t Steep. It’s Clipping, bitch.

 Kevin Nazencew

Cztery i pół