CIRCLE OF ANIMALS – Destroy The Light (Relapse)

Dla każdego zdeklarowanego maniaka industrialu. Dla każdego przeciwnika Rammstein. Dla każdego odszczepieńca, tropiącego mechaniczne beaty i tęskniącego za drugą połową lat 80 – tych…

Circle Of Animals to wymuskane dziecko Sanforda Parkera (min. Minsk) i Bruce’a Lamonta (Yakuza). Widać, panom za mało grania, za mało projektów i postanowili, dla własnej przyjemności zapewne, powrócić dla lat, kiedy muzyka industrialna kształtowała się pod okiem mistrzów. Bo nie ma co ukrywać, że „Destroy The Light” to bałwochwalczy i ślepy hołd dla zespołu SWANS (nagrali nawet ich kower „Fool”…). Każdy element podporządkowany jest temu, by osiągnąć podobny klimat, jaki ekipa M. Giry uzyskała na „Holy Money” czy „Greed”. Mamy więc mechaniczne rytmy (tu naszych bohaterów wspomagali min. Steve Shelley i Dave Witte), są rozciągnięte do granic przyzwoitości frazy gitarowe (pamiętacie upiorny album „Cop”?), są wreszcie samlpe, które jako jedyne wnoszą nieco koloru na płytę, choć trudno będzie im dorównać eksperymentom Jarboe. Tak ciągle przywołuję wspomnienia Łabędzi, jednak nie można ukrywać, że Circle Of Animals to nie tylko festiwal  nostalgii, ale też muzyka dziejąca się tu i teraz. Głównie za sprawą brzmienia, które jest chyba najnowocześniejszym elementem płyty. Znakomicie wypadają partie wokalne, monotonne, pozornie odhumanizowane, zadające komunikaty niczym spiker na dworcu centralnym. Jednocześnie trzeba przyznać, że w ramach poszczególnych utworów muzykom udało się poutykać całą masę ciekawych rozwiązań, które powodują, że mimo programowej monotonii, muzyka ciągle zaskakuje. Dla fana SWANS rzecz obowiązkowa. Płyta roku, potwierdzająca, że twórcza energia może znaleźć bardzo różne ujścia. Sanford i Parker udowodnili, że nadal w temacie kreatywności nie mają konkurencji. Powiedzcie mi, co jest w tym Chicago, że od ponad dwóch dekad pozostaje kolebką bodaj najciekawszych objawień muzycznej alternatywy?

Arek Lerch 6