CHUCK BERRY – Chuck (Dualtone)

Wiśniowy Gibson, kaczy chód. Nieśmiertelna scena tańca z „Pulp Fiction”. Wspaniałe tłumaczenie na polski „Johnny B. Goode” autorstwa Sławka Wierzcholskiego. Fragment biografii Stonesów napisanej przez Daniela Wyszogrodzkiego o tym, jak Anglików niefajnie traktował. No i przerwany, ledwie kilkunastominutowy koncert z festiwalu w Sopocie, prowadzony przez Jana Pospieszalskiego i Renatę Przemyk. Z tym kojarzy mi się Chuck Berry. Legenda, która niedawno pożegnała się z tym padołem, a której tak wiele zawdzięczamy.

Nie można mnie zaliczyć do fanatycznych fanów Berry’ego. Jednak był on artystą tworzącym muzykę, która przykuwała moją uwagę i często robiła mi bardzo dobrze. Głównie te żywe, porywające numery z tnącymi solówkami, chociażby „Johnny B. Goode”, „Rock And Roll Music”, „Roll Over Beethoven”. Coś było w tym brzmieniu, głosie, co przyciągało mnie do Chucka. Kiedy dowiadywałem się, że ktoś przerabiał jego utwór, zawsze sprawdzałem, jak to wypadło. Jego energia, szaleństwo podczas występów, gra na gitarze, były inspiracją dla tysięcy. Owszem, miał słabe momenty, nawet bardzo słabe (więzienie), ale o wielkości świadczy między innymi to, jak ktoś podnosi się po upadku, a Berry’emu wyszło to przyzwoicie. Co prawda popularności z przełomu lat 50. i 60. nigdy nie odzyskał, ale nigdy nie odpuścił i do końca pozostał aktywny. Pamiętam, że wszedłem na jego stronę internetową parę lat temu. Chuck miał już dobrze po 80., a dawał około setki koncertów rocznie…

Ucieszyłem się na wieść o jego solowej płycie, pierwszej od 38 lat, nie dlatego, że liczyłem na, nie wiadomo jakie fajerwerki. Tak zwyczajnie po ludzku sprawiło mi radość to, że artysta tak ważny dla świata muzyki, w takim wieku, który od mniej więcej 50 lat nic nikomu nie musi udowadniać, chce jeszcze coś twórczego zrobić. Do tego z młodszymi kolegami po fachu (m.in. Tom Morello, Gary Clark Jr.). Bałem się jednego – że to, co na płycie się znajdzie, będzie wzbudzało smutek, litość, jak na niektórych pośmiertnych albumach Johnny’ego Casha, na których słychać wyraźnie, jak bardzo Man In Black walczył z ułomnościami ciała. Że będzie wylewała się z niej kruchość, biła raczej walka starego człowieka o to, aby ukończyć dzieło, niż energia, radość z grania, luz, nie mówiąc już o rockandrollowym łobuzerstwie. Ku mojej wielkiej radości „Chuck” nie jest takim przypadkiem. Słuchając albumu miałem przed oczami dziarskiego staruszka, któremu figlarny uśmiech z twarzy nie schodzi, który cieszy się każdym dniem, a jak nadarzy się okazja, to i kielicha spożyje, i młódkę za tyłek złapie.Chuck B

„Chuck” nie jest równą płytą, są na niej lekkie mielizny, a do nich zaliczam piosenki w klimacie, nazwijmy go, hawajsko-karaibskim. Jak stoi wyżej, uwielbiam Berry’ego drapieżnego, energetycznego, więc ogromną frajdę sprawiły mi porywające „Big Boys” i ciąg dalszy „Johnny B. Goode”, czyli „Lady B. Goode”. Gdyby Tarantino kręcił sequel (albo prequel) „Pulp Fiction” i chciałby do niego wsadzić scenę taneczną, mógłby to zrobić przy „She Still Loves You”. Albo kołyszącym „Dutchman”, z deklamowanym tekstem. Świetnie to brzmi, a ponoć (przynajmniej według oficjalnych informacji) jest to zasługa samego mistrza Chucka. Który do nagrań zaprosił syna, córkę, a nawet wnuka.

Berry nie doczekał premiery albumu. Jest on jego pożegnaniem z nami. Oby każdy żegnał się w takim stylu. Niespełna 35 minut, ale naprawdę dobrych niespełna 35 minut. „It’s got a back beat, you can’t lose it, any old time you use it” – można zacytować jeden z jego evergreenów, bo pasuje. Ten facet kochał rock and rolla i to czuć w każdej sekundzie płyty.

Lesław Dutkowski

Cztery i pół