CHRIST INVERSION – Christ Inversion (Hammerheart Records)

W 1994 roku mało kogo interesowało, że ten wytatuowany łysy drab z Pantery lubi podziemny death metal, i że coś sobie nawet na boku pogrywa. Najwyraźniej Philowi Anselmo ciasno było w gorsecie gwiazdy rocka i znalazł czas i moce przerobowe, by pohałasować w garażu razem z grupą mniej znanych kolegów (m.in. Wayne Fabra, niezapomniany wąsaty grubasek z teledysku do „Blood Freak”). Ostały się po tym dwie taśmy demo, dokumentujące pierwsze (i nie ostatnie) kroki Anselmo na niwie muzyki ekstremalnej.

Niesławna Hammerheart Records wznawia oto wznowienie pierwszego dema Christ Inversion „Obey the Will of Hell”, które ukazało się trzy lata temu nakładem anselmowej wytwórni Housecore. Jest więc nadzieja (choć niezbyt wielka), że dystrybucja nie będzie już tak widmowa i materiał trafi do odpowiednich odbiorców. I bynajmniej nie mam tu na myśli niedobitków fanklubu Pantery. Nie owijając w bawełnę, Christ Inversion brzmi jak bezwstydny tribute-band Necrophagii, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę późniejszy przebieg kariery wesołego Philipa. Możecie więc spodziewać się ponad półgodzinnej dawki muzyki, która ocieka juchą i śmierdzi zgniłymi kartoflami. Wedle znanej receptury wokalista wymiotuje pod prymitywny death metal, naszpikowany „soundtrackowymi” klawiszami, samplami z horrorów klasy „ź” i klasycznie brzmiącymi riffami, o których dziś powiedzielibyśmy, że to „wpływy sludge’u”. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy Christ Inversion to kultowy relikt podziemnego metalu czy gwiazdorska fanaberia bez większej wartości. Zależy do chyba od indywidualnego zapotrzebowania na takie masochistyczne odpały. Z tą płytą jest jak z filmami z wytwórni Troma Films – żaden z nich nigdy nie wejdzie do kanonu kina grozy, ale przecież świat potrzebuje zarówno „Egzorcysty”, jak i „Zemsty Toksycznego Mutanta”, choć pewnie redaktor Pietrasik by się nie zgodził. Ale on nigdy Venom nie słuchał, więc wiadomo…

W liceum miałem kolegę, fana kolczyków, tatuaży i Pantery, który pewnego dnia z zażenowaniem i wyrazem zagubienia w oczach zrecenzował mi niedawno zakupioną EPkę Viking Crown. Podejrzewam, że na Christ Inversion zareagowałby podobnie, być może ręce opadłyby mu jeszcze niżej. Nie przewiduję też szału wśród maniaków podziemnych wyziewów, ci przeczuleni są na każdy, najsłabszy nawet swąd pozerki – choć pewnie gdyby tę samą płytę wydał anonimowo Hells Headbangers, nakład zostałby rozdrapany na pniu, bo oldschoolowy death metal jest dziś na fali. Christ Inversion nie jest może zjawiskiem oszałamiającym, ale na pewno potrafi rozpalić nieco retro-podniecenia jeśli ktoś sądzi, że po „Cannibal Holocaust” Necrophagia podryfowała w rejony poprocka.

Bartosz Cieślak  3,5