CHRIST AGONY – Legacy (Witching Hour Productions)

Tytuł ostatniego albumu Christ Agony doskonale koresponduje z charakterem zawartej na nim muzyki. Najprościej rzecz ujmując, Cezary Augustynowicz nagrał materiał adresowany do tych, którzy od stuleci wiernie trwają przy zespole, kupują płyty, zasuwają na koncerty i wierzą w niegasnący płomień dziedzictwa kultowej „trylogii”. Od jej nagrania minęło jakieś dwadzieścia lat z okładem. Czas ten wypełniły Cezarowi zawirowania dookoła zespołu, przerwy w działalności, twórczość lepsza i gorsza. Cóż więc zrobić, jeśli wyżej wała wyznaczonego przez „Moonlight” się nie podskoczy? Można na przykład nagrać nieformalny „Act IV”. Tym właśnie jest „Legacy”.

Uczciwie przyznam, że od lat doskonale radzę sobie bez nowej muzyki Christ Agony. Kolejne płyty poznaję z doskoku i nie zatrzymuję się przy nich na dłużej, chętniej sięgam po pierwsze cztery. Tam są nie tylko moje sentymenty, ale i najlepsza muzyka, jaką Cezar stworzył. Nie mam serca wmawiać sobie, że ona znaczy dla mnie tyle samo, co w latach 90. Wiem natomiast, że są fani, który w Christ Agony znajdują to, czego nie proponuje im żaden inny zespół. Rozumiem to i rozumiem dlaczego tak jest – po prostu nie jestem jednym z nich. Doceniam autorską wizję, pewną oryginalność i rozpoznawalne brzmienie Christ Agony. Nie wymagam, aby Cezar co pięć lat wymyślał się na nowo i wątpię, aby ktokolwiek czekał na drugą „Darkside”. Wierzę za to, że wielu czeka na „coś w stylu >Moonlight<” i dla nich powstał „Legacy”. Długie, epickie numery, charakterystyczne melodie i riffy, podbity w miksie bas, semiakustyki, mamrotania pod głównym wokalem w refrenach… Jazda na sprawdzonej formule aż szczypie w oczy. Z drugiej strony „Legacy” sam w sobie absolutnie nie jest albumem złym czy nieudanym. Jest przewidywalny i bezpieczny, ale to nie musi być wadą, jeśli utwory są dobre i nie tracą tej specyficznej dla Christ Agony chwytliwości.CA

…i taką miarą należy „Legacy” oceniać. Nie jest to rzecz dla poszukiwaczy transgresji, progresji i agresji. Po Ziemi chodzą Mamonie, którym też należy się trochę szczęścia. Dlaczego nie mieliby mieć swojego sprawdzonego dostawcy uciech, który nie będzie od nich wymagał nadążania na siłę za zmieniającym się światem, tak jak nie wymaga tego od siebie? Wedle indywidualnych gustów, nowa płyta Christ Agony to wałkowanie tych samych zgranych patentów od 20 lat albo godny dziedzic szacownej przeszłości zespołu, który się koniunkturom nie kłania. Jak to na świecie (a ściślej – na „Świecie Według Ludwiczka”) bywa – „Jeden rabin powie tak, a inny powie nie”.

Bartosz Cieślak

Cztery