CHRIS CONNELLY – Artificial Madness (Relapse)

Na potrzeby tej recenzji przewartościujmy nieco termin „retro”… W obliczu faktu, że cały rockowy świat – począwszy od tegotygodniowych idoli redaktor Anny Gacek, na użytkownikach forum Nuclear War Now! kończąc – wychwala garażowe brzmienia, lampowe wzmacniacze i nieprzetworzoną perkusję, zaprawioną elektroniką „Artificial Madness” brzmi jak relikt wstydliwych lat 90… odetchnijmy zatem świeżym powietrzem wprost z konsoletowego raju.

Nie będę ściemniał, w solowej twórczości Chrisa Connelly jestem równie otrzaskany co w jego kolaboracyjnych pracach u boku Ala Jourgensena, ze złotych czasów Ministry i Revolting Cocks. Nie mam pojęcia, jak jego nowy solowy album ma się do poprzednich, ale w kościach czuję, że to początek sympatycznej znajomości. „Artificial Madness” cofa nas w czasie jakieś półtora-dwie dekady wstecz, kiedy Killing Joke przeprosili się z rockową publicznością, David Bowie waflował się z Trentem Reznorem, a wspomniane Ministry wygrzewało się jeszcze w blasku swoich najświetniejszych dokonań. Nie twierdzę, że Connelly dorasta do wybitności tamtych albumów, ani nawet że próbował, zakreślam po prostu pewien obszar zainteresowań. W porównaniu choćby z zeszłorocznym debiutem The High Confessions, „Artificial Madness”  akcentuje chrisowe talenta na odcinku pisania dynamicznych, chwytliwych, acz dalekich od banału piosenek, zaaranżowanych na wzgardzaną dziś modłę tzw. industrialnego rocka. Pobrzmiewają tu echa „Pandemonium”, „Democracy”, „T.V. Sky”, „XTRMNTR”, a specyficzna barwa głosu Connelly’ego przywodzi na myśl „Reality” Bowiego, gdyby produkcją zajmował się Brian Eno. Całość brzmi doskonale i jednocześnie cudownie niedzisiejszo, ten sztafaż studyjnych sztuczek i produkcyjnych bajerów, podobnie jak konwencja westernu, przeżył sam siebie. Na całe szczęście za tą płytą stoi człowiek utalentowany i doświadczony, który dokoptował sobie nienajgorszych wymiataczy (m.in.  Sanford Parker) i wraz z nimi stworzył przyswajalną, bezpretensjonalną płytę dla wszystkich, którzy do dziś nie nauczyli się mówić „Teraz Rock” na nowe wcielenie „Tylko Rocka”.

Pofantazjujmy sobie jak by to było, gdyby albumy w rodzaju „Artificial Madness” albo debiutu Circle of Animals ruszyły falę mody na takie granie, a Killing Joke i Young Gods staliby się klasykami nie tylko dla garstki 35-latków… Ech, już prędzej Wiesiek Weiss zgoli wąsy. Przynajmniej po tej płycie parę osób przypomni sobie, że rock to energia, autentyczne emocje i dobre kompozycje, a tych nie wygeneruje ani najdroższy producent, ani badziewne analogowe studio, którego prymat głoszą współcześni trendsetterzy.


Bartosz Cieślak        4,5