CEREMONY – The L-Shaped Man (Matador/Sonic)

Ian Curtis nie żyje, Interpol się skończył, Editors gra pop rocka. Na szczęście, jest Ceremony! To chyba najlepsze podsumowanie najnowszego, piątego już dzieła kalifornijskich punków. Upsss! Jakich punków?! Być może kariera zespołu zaczynała się w takim punk-cie, jednak stopniowe odchodzenie od twardej, riffowej stylistyki, poprowadziło ich przez meandry post punka i nowej fali w stronę mroku. Czy to dobrze? Zależy od tego, czy postawiliśmy już pomnik twórcom „Love Will Tear Us Apart”…

Być może nie odkrywam niczego nowego zadając takie pytanie, nadal jednak zastanawiam się: dlaczego tak wielu zawdzięcza tak niewielu? Czyli co takiego osobliwego było w blazie i psychozach Joy Division, że nadal, a szczególnie w ostatnich latach, spuścizna tego zespołu potrafi zapłodnić setki wykonawców? Mało tego – ponowne odczytanie divisionowej depresji dodaje muzyce, paradoksalnie, rumieńców, powodując, że często teoretycznie przeciętne płyty wchodzą w ucho aż miło. Jasne – są lepsze i gorsze rzeczy, ale nadal potrafią intrygować. Podobnie jest z Ceremony. W zasadzie zespół nie wymyśla ani jednego oryginalnego dźwięku, cofa się za to maksymalnie do lat 80-tych, miesza nowofalowe i post punkowe klimaty z rockiem (dynamiczny „The Party” czy „Your Life In France”), przygląda się intensywnie dokonaniom PIL („Root of the World” czy jeszcze bardziej „The Pattern”) a przede wszystkim kłania się wspomnianej już ekipie z Salford, czego najlepszym przykładem będą klimatyczne i napakowane depresją „Exit Fears” (Editorsi pewnie płaczą, że to nie ich piosenka…), „Your Life in America”, ”Bleeder” czy „The Understanding”. I właśnie w tych piosenkach talent Ceremony rozkwita w pełnej krasie. Motoryczna perkusja, prujący flaki, wyeksponowany bas i zimne, często minimalistyczne zagrywki gitary, tworzącej specyficzny klimat tych nagrań. Nie wspominam tu o beznamiętnym – nie wiem, czy stylizowanym, czy nie – głosie wokalisty Rossa Farrary, który od razu może się odpowiednio kojarzyć.Ceremony_Shawn_Brackbill

Niestety, zespół nie unika też ewidentnych wpadek, bo w tak ściśle określonej formule nie zawsze udaje się zaintrygować, czego dowodzą chociażby dość przeciętne kawałki „The Separation” i „The Bridge”. Może jestem osamotniony, ale te dwa numery bez żalu wywaliłbym z setlisty. No i oczywiście – sama konwencja. Znam ludzi, którzy daliby się za takie granie pokroić, ale też i takich, co nie trawią całego szumu wokół depresyjno – samobójczych klimatów wyrażanych za pomocą dźwięków. To muzyka dla specyficznego odbiorcy, któremu wydzieranie emocjonalnych flaków musi smakować. Ceremony znajduje się w najlepszym momencie, bo pozbył się punkowej szorstkości, nową falę oswoił i zaadaptował na potrzeby własnej narracji. Pozostaje pytanie – w jaką stronę podąży na następnej płycie, choć dzisiaj pozwolę się delektować „The L-Shaped Man”. Miłego umierania.

Arek Lerch

Cztery