CELESTE – Animale(s) (Denovali Records)

To moja trzecia recenzja tej płyty. „Pierwsze” dwie kończyły w cyfrowym koszu, bo ich autor – choć naigrywał się z rówieśników, którzy dukali „wiem, ale nie wiem jak to powiedzieć” – sam dołączył do stada matołków co to mózg głównie mają. Cóż więc takiego skrywa nowy album Celeste, że samozwańczy mistrz pióra już tytuły chciał oddawać i o wstawiennictwo Najjaśniejszej Panienki wypraszać?

Ano coś, co dopiero po dłuższym obcowaniu samo odkrywa swoją banalną tajemnicę, służąc zgrabnie za motyw przewodni recenzji. Owo wielkie aj-waj to fizycznie wręcz odczuwalna przez słuchacza dolegliwość jako skutek oddziaływania muzyki Francuzów. „Animale(s)” przytłacza totalną rozpaczą, jednocześnie przyoblekając tą emocję w nośną agresywnym biciem perkusji i post-hardcorowym krzykiem muzykę. Całkiem jednak możliwe, że jest na odwrót – to właśnie dzięki monotonnym screamom i miarowej, perkusyjnej chłoście słuchacz poznaje nie taki znowu wirtualny ból, uginając się pod świadomością otrzymania kolejnych razów.

Wyważone, eleganckie blacko-niewiadomo-co Celeste stoi niebezpiecznie blisko rzeczywistości. Świat ludzkich zwierząt w swym realnym, osadzonym społecznie ujęciu przeraża znacznie bardziej niż kolejna reinkarnacja seryjnego mordercy czy innego bohatera Księgi Rodzaju. Dziewczyna, młodzieniec, rodzice… Szczęśliwie, nieszczęście jest blisko, a poprawni politycznie reporterzy TVN24 daleko. Wyczekująca drapieżność muzyki, poskładanej z odpychającej urody dźwięków, doskonale koresponduje z okładką płyty przedstawiającą na pierwszym planie pieguskę, która w pociągającej realizmem sytuacji estetyce mogłaby być zarówno bestią, jak i jej ofiarą. Owa niepewność zdarzeń i jednocześnie wyczuwalna obecność zła jest tu chyba najbardziej dojmująca, nawet jeżeli ów efekt uzyskano prostymi zabiegami w postaci nietypowej dla metalowego światka okładki i wkurwem a la Today Is The Day. A zło potrafi niejednego odszczepieńca przyjemnie zmęczyć. Zakończenie „Serrés comme son coeur lacéré” przez repetywność muzyki i niekończące się wrzaski wokalisty Johana wydało mi się kuriozalnie nierealne w swoim zamyśle i wykonaniu. Jakby Celeste tylko przez samą szaleńczą powtarzalność budowali intensywność, przetrącając moją świadomość skatowaną niegdyś hipnotycznym „Like A Possum” Lou Reed’a i zdeptaną „Salvation” Funeral Mist.

Bez względu na kondycję mojego organizmu, nihilizm, naturalizm i kilka innych odpychających „izmów”, które można znaleźć na „Animale(s)”, napawają optymizmem. Celeste znalazł w mojej osobie kolejnego nosiciela, który do wydania następnej płyty zapewni mu wiele ciepła, śluzu i odrobinę nieśmiertelności.

Kuba Kolan

Pięć