CAVALERA CONSPIRACY – Blunt Force Trauma (Roadrunner)

Druga płyta formacji, która jakiś czas temu wzbudzała ogromne zainteresowanie specjalnie nie zaskoczyła. Dlaczego? Być może dlatego, że debiutowi towarzyszyły – mimo wszystko – nadzieje, że projekt przekształci się w odrodzoną Sepulturę, ponownie dowodzoną przez Braci. Tak się  jednak nie stało. Inna sprawa, że nowa muzyka Cavalera Bros nie porywa tak, jak numery z „Inflikted”…

Pamiętam napięcie z jakim słuchałem „Inflikted”. Pamiętam dużą dawkę agresji i świetne riffy. Pamiętam dobry koncert Cavalera Conspiracy w Stodole. Pamiętam, że gdzieś podskórnie czułem, że to jednak tylko projekt i to projekt jednej płyty. Teraz mam już pewność, że Max jest zmęczony a Igor (czy też Iggor, nie wiem, czy nadal upiera się przy takiej pisowni…) zdecydowanie woli elektroniczne bity od walenia w bębny. Nowa płyta CC to kilka mało zaskakujących utworów i riffy, które nie przykuwają uwagi. Jednak największą bolączką tej płyty jest zwyczajny brak pomysłów. Ja rozumiem, że miało być prosto, że miał być punk i archetypiczny metal. Ale czy to ma oznaczać banalne walenie na jedno kopyto?? Jasne, nadal głos Maxa przykuwa uwagę, nadal mają swój charakterystyczny drive. To pomaga w konsumpcji płyty, ale jest to także potrawa wyjątkowo uboga kalorycznie. Chciałbym usłyszeć choć kilka pomysłów wyłamujących się z szablonu. Ponownie chciałbym delektować się ciekawie zaaranżowanymi bębnami, z czego Igor był znany. A tymczasem słyszę partie, które sam bym bez problemu zagrał, czyli mi się nie podobają. Oczywiście, i tu znaleźć można kilka błyskotliwych perełek, które mogą się podobać, ale to tylko rodzynki dość rzadko – niestety – rozrzucone w tym cieście.

Pomysł na CC jest prosty – powracamy do korzeni, wyciągamy kompozycje, które przywołują ducha Discharge, starych klasyków death metalu, oprawiamy w nieco surowsze, brudne brzmienie i mamy gotowy pakiet do hałasowania na scenie. Faktycznie, jednowymiarowość nowej propozycji CC sprowadza te numery jedynie do koncertowych petard, które jednorazowo odpalone mogą się podobać. Niestety, płyty słuchać możemy częściej niż raz i każde kolejne podejście bezlitośnie obnaża ubóstwo aranżacyjne tych numerów. Co ciekawe, podobny kierunek muzyczny obrał na albumie „Omen” Soulfly, tyle, że z dużo lepszym skutkiem…CC

Żeby już dłużej się nie pastwić, kilka typów na lekki flirt. Znalazłem cztery numery, którym przyznaję wspólne, choć wymęczone, pierwsze miejsce. Odpowiednio będzie to „Thrasher” za szybkość i sprytną kradzież riffu panu Peterowi Wiwczarkowi, tuż za nim napiera wściekły killer „Rasputin”. W miarę ciekawie przedstawiają się też „I Speak Hate” zagrany w średnim tempie, gdzie słychać wreszcie jakiś pomysł na partie gitarowe oraz klimatyczny „Genghis Khan”. Choć i tak nie są to numery, przy których podskoczyła mi adrenalina. Jakości krążka   nie ratują też kowery Black Sabbath („Electric Funeral”) i Black Flag („Six Pack”).

Nie chce mi się zastanawiać, dlaczego, mając potencjał, wiernych fanów i możliwości, o których niejeden muzyk może jedynie poczytać w kolorowych gazetach, bracia Cavalera wymęczyli tak smutny album. Tym bardziej, że narobili apetytu debiutem. Wpadka to tylko, czy, niestety, tendencja w karierze tych muzyków?  Lubię ich i nie życzę źle, czas jednak zastanowić się, co dalej, bo niezdecydowanie, które gdzieś podskórnie jest wyczuwalne w działalności tych panów w ostatnich latach, zaczyna wyraźnie uwierać. Na razie tylko słuchaczy, może więc najwyższy czas, żeby twórczy ból poczuli i sami zainteresowani?

Arek Lerch

Dwa