CAT’S EYES – Treasure House (Kobalt Label Services)

Wraz z „Treasure House” przechodzę z mojej hałaśliwej strefy komfortu w krainę rockowej łagodności, którą na Violence rządzi niepodzielnie sędziwy król Lerch. To ten o aparycji mędrca, z długą siwą brodą. Jako dobry lennik, składam w hołdzie te dary z zachwytu nad Cat’s Eyes, mistrzami hipsterskiego retrosmętu i landrynkowych melodii.

Niewykluczone, że nigdy bym nie zwrócił uwagi na „Treasure House” gdyby dwa lata temu Cat’s Eyes nie zilustrowali swoją znakomitą muzyką równie znakomitego obrazu Petera Stricklanda „The Duke of Burgundy. Zakochałem się w tych dźwiękach, sennie błądzących między orkiestrami Roty i Morricone a Emmanuelle’owym kiczem Pierre’a Bacheleta. Drugi „właściwy”, a trzeci w ogóle album duetu przekłada tę samą wrażliwość na język popu, któremu niestraszne epoki. Na „Treasure House” słychać przede wszystkim czołobitne zapatrzenie w złotą erę Belle and Sebastian („Girl in the Room”), ale też bardziej współczesne indie-brzmienia w duchu Arcade Fire („Standoff”). Wisienką na torcie jest „Be Careful Where You Park Your Car”, żywcem wyciągnięty z repertuaru pilotowanych przez Phila Spectora dziewczęcych zespołów wokalnych typu The Ronettes. Pojedyncze piosenki wydają się budować nieco niespójną całość, bo ani to podróż w cudowne lata 60., ani indie-sensacyjka, za to wszystkiego po trochu. Wspólnym mianownikiem pozostaje tu klimat, który znów najłatwiej mi opisać odniesieniem do kina. Cat’s Eyes praktycznie produkuje gotowe tematy muzyczne do niestabilnych emocjonalnie brutalnych romansów pokroju „Blue Velvet” Lyncha czy „Drive” Refna. Myślę, że każdy, komu taka poetyka jest bliska zrozumie to zestawienie, dla reszty „Treasure House” pozostanie zbiorem „ładnych kawałeczków”, zależnie od gustu strawnych lub nie.CE

Mnie osobiście rozbraja kompletna bezwstydność Cat’s Eyes w utylizacji melodii na granicy tandety i piękna absolutnego. Uwielbiam takie „filmowe” myślenie o muzyce i jej nastroju, który jest ważniejszy od gatunkowego dookreślenia. Tak zwanie obiektywnie, „Treasure House” nie ma znamion wielkości, które noszą np. ostatnie płyty Arcade Fire czy The National, więc świata raczej nie podbije. Niezależnie jednak od miejsc na listach przebojów, Cat’s Eyes posiada wrażliwość chłonną jak gąbka i potrafi stworzyć muzykę w pewnym sensie totalną – taką, która w wyobraźni znosi granicę między dźwiękiem a obrazem.

Bartosz Cieślak

Pięć i pół