CATHETER – Southwest Doom Violence (Selfmadegod)

Dobry tytuł to podstawa. Muzycy Catheter o tym wiedzą, dlatego starają się przypodobać czytelnikom Violence. Za to mają już kilka punktów na start. Poza tym na swojej trzeciej płycie przedstawili może nie oryginalny, ale dobrze zagrany grind/punk/doom/core, która to mieszanka, jakkolwiek absurdalnie brzmiąca, w kilku newralgicznych punktach krążka doskonale się sprawdza.

Istniejąca od 99 roku załoga z USA ma na koncie sporo splitów i trzy albumy, z których najnowszy, wydany siedem lat po „Dimension 303”, jest chyba najciekawszym, 28 – minutowym kawałem podziemnej muzyki z pogranicza grind core’a. Dlaczego pogranicza? Bo tym razem Catheter już bez ogródek zapuszczają się w rejony mozolnego mielenia, hałaśliwych i mocno śmierdzących pomysłami Napalm Death wycieczek. Inspiracja ekipą Barney’a nie jest zła, choć osobiście jestem zwolennikiem wizji grind core’a, prezentowanej przez fiński Rotten Sound. Dlatego w pierwszej kolejności musiałem mocno się spiąć, żeby zaakceptować monstrualne brzmienie, spychające sekcję do tyłu kosztem potężnego, gryzącego, gitarowego wyziewu. To akurat dla maniaków klasycznie pojmowanego g/c będzie dużą zaletą tego albumu. Słuchać tegoż trzeba głośno, bo wtedy jego atomowa moc wzrasta zasadniczo.

Co do zawartości – nie ukrywam, że dopiero po jakimś czasie zaczęły do mnie docierać pewne elementy, świadczące o tym, że płyta wcale nie jest taka zła. Myślę, że dla maniaków korzennego grindu i tych, co lubią współczesne mariaże tego gatunku będzie to miła rzecz. Nie ma tu oczywiście mowy o zabijającej technice właściwej np. Noisear, choć Catheter ma solidne przygotowanie i kiedy trzeba, potrafi swoją muzykę nieźle zakręcić. W związku z powyższym, najbardziej uderzyły mnie te numery, gdzie zespół brata blasty z sunącymi przy ziemi, gruzowatymi riffami, aplikując tym samym crust/grindowej sieczce trochę mozolnego groove. W tym temacie najbardziej wchodzą mi kawałki w stylu „Prosthetic Mind”, „Conspiracy Control” czy „Doom To Grind” – nazwa mówi nam wszystko. Z zupełnie innej beczki jest zamykający płytę song „In This Moment”, gdzie zespół już zupełnie otwarcie brata się z doom metalem czy mrocznym sludge, choć za to porównanie ktoś mnie pewnie nazwie dyletantem. Jeśli chodzi o żwawsze pieśni, na dzień dzisiejszy najfajniejszy jest „Hypercaine” ze zgranym, choć nadal miłym dla ucha pomysłem na pauzowanie gitar w zwrotkach – murowany, koncertowy hit. Reszta trzyma poziom, raz lepiej raz gorzej, choć uważam, że to pierwsza płyta Catheter, która w całości przedstawia się bardzo smakowicie, głównie pod względem koncepcji i pomysłu.

W dobie technicznych i totalnie odhumanizowanych form, Catheter stanowi oazę oldskulowego podejścia do rzeczy. Zachowując bagaż doświadczeń, stara się umilić nam życie, jednak wydaje mi się, że przede wszystkim „Southwest…” spodoba się gatunkowym purystom. Mieszanka grind core’a, crust punka z lekko metalowymi naleciałościami smakuje nieźle i pozwala mieć nadzieję, że na koncertach będzie huragan. O czym chętnie się przekonam.

Arek Lerch