CARNIFEX – Die Without Hope (Nuclear Blast)

Kilka najbardziej reprezentatywnych dla nurtu death metal/deathcore zespołów ku uciesze oponentów takiego grania jakiś czas temu odeszło w niebyt. A to z racji na chęć podjęcia normalnej pracy i kontynuowana nauki przez znak rozpoznawczy ( tj. wokal, Suffokate), to ze względu na zbyt intensywny tryb życia w trasie (Oceano) lub ze względu na śmierć frontmana (Suicide Silence), lub po prostu – z racji na zmęczenie „materiału” (Molotov Solution i Carnifex). Jak się jednak okazuje, nie wszyscy mogą żyć bez death metalu i tak oto wszystkie powyższe kapele powróciły na scenę. Silniejsze i zmotywowane jak nigdy dotąd.

O ile powrót Oceano jest raczej kiepski, tak „Die Without Hope”, piąty studyjny album rzeźników z San Diego jest dowodem na to, że przerwa była tym panom potrzebna. Nowa pozycja w ich dyskografii to opus magnum grupy, dość różnorodny materiał, który jak na tak intensywne dźwięki jest bardzo przebojowy i, co ciekawe, winien trafić w gusta fanów typowego death metalu. Breakdowny są tutaj tylko dodatkiem do napędzanej blastem sieczki, co powinno cieszyć choćby fanów brutalnego ataku spod znaku Dying Fetus. Carnifex anno domini 2014 to maszyna wojenna, która przeszła kilka kluczowych modyfikacji (związanych z przyjściem nowego gitarzysty, który udziela się kompozytorsko), których powinno im zazdrościć szerokie grono młodszych stażem zespołów.

Najbardziej zauważalną zmianą w stylu tego zespołu nie jest zwiększenie pierwiastka bluźnierczości (tego to mamy tutaj więcej niż na nowym Behemoth), a zdecydowanie umelodyjnienie materiału. Solówki nigdy wcześniej nie robiły takiego wrażenia, a niektóre z nich – jak choćby ta w „Dragged Into The Grave” przypominają „mroczne” dokonania wciąż niedocenianego Chrisa Storeya, niegdyś członka All Shall Perish. Zresztą, niezależnie od utworu, czy to otwierające krążek „Salvation is Dead” czy podręcznikowe (dla deathcore’a) „Where The Light Dies” jest to pierwsza liga. Wcześniej ten element – powiedzmy sobie szczerze – był jaki był. Przebłyski „geniuszu” w tym temacie słyszeliśmy na „Hell Chose Me”, ale dopiero teraz gitarzyści Carnifex pokazują prawdziwą klasę.

Następna sprawa. Black metal i jego, nazwijmy to, atmosferyczna odsłona. To już trzeci album na którym panowie dają upust fascynacji skandynawskiej szkole metalu z okazyjnymi wycieczkami w stronę Wysp Brytyjskich. Warto podziękować bębniącemu Shawnowi za tak smakowite klawisze (pytanie, czy to w całości jego zasługa, czy może również jego żony, która gra z nim w symfonicznym Unicorn Death?). „Melodyjek” tworzonych przez blaściarza pozazdrościliby mu panowie z Cradle of Filth, co wbrew pozorom jest sporym komplementem, a mając na uwadze dość częste odniesienia w wywiadach do zespołu Daniego Filtha – zabieg ten jest celowy.

Nic, tylko czekać na koncert w Polsce. Oby tym razem dla większego grona niż 150 osób jak poprzednim razem i miejmy nadzieję, że w towarzystwie innych, bluźnierczych aktów.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół