CARNE – Ville Morgue (Solar Flare Records)

Francja. Kiedyś nie lubiłem tego kraju, choć nauczycielka francuskiego w liceum była niczego sobie. Niestety, języka mnie nie nauczyła, parę zwrotów jednak pamiętam. Umiem np. powiedzieć po francusku „podkowa”. Za to dzisiaj bardzo ciepło oceniam zimków znad Sekwany, bo poza dziwacznym językiem potrafią jak nikt inny zakląć w gitarowym hałasie całe tony wynaturzenia. Obok black metalowych szaleńców, na prowadzenie wysuwa się ostatnio podziemna, wywodząca się z hardcore’a scena, która z upodobaniem babrze się w noise’owo – sludge’owym bagnie. Carne to kolejny przedstawiciel tej wesołej gromadki.

Stacjonujący w Lyonie zespół to w zasadzie duet – śpiewający gitarzysta i bębniarz tworzą dość ciekawe duo, wizualnie kojarzące się mocno ze starymi, crustowymi załogami, na szczęście (albo i nie, zależy od upodobań…) muzycznie sytuujące się blisko mrocznego, gryzącego noise/sludge rocka. Był/jest taki odłam hałasu nazwany „groove metal”. Parafrazując to określenie, mógłbym nazwać Carne „groove noise”. Zespół opiera swoje kompozycje o świetną, mocno bujającą rytmikę, dzięki czemu pozornie mało przystępne, drażniące partie gitarowe stają się dużo bardziej przyswajalne. Grupa obywa się bez basisty (w sumie szkoda), na szczęście, przynajmniej w wersji studyjnej, proporcje między instrumentami są ustawione niemal idealnie, w związku z czym jakoś drastycznie braku nie odczuwamy, być może dzięki temu materiał zyskuje bardziej zimny, surowy charakter.

Zestaw przygotowany na debiutancką płytę jest dość jednorodny, na szczęście w ramach poszczególnych kawałków dzieje się całkiem nieźle. Całość spięta jest klamrą trzech instrumentalnych interludiów, prezentujących bardziej klimatyczne, ilustracyjne oblicze Carne – „Elegy in ʡ”, „Elegy in Ɣ” i „Elegy in Δ”. Utwory pełnią rolę przerywników i swego rodzaju oddechu po zafundowanej rzezi, jednocześnie stając się pewnie jakąś tam furtką do zabaw dźwiękiem – szkoda, że nie potraktowano ich jako normalnych kompozycji. Zasadnicze utwory także skrzą się różnymi odcieniami. Jest i hammerhead’owaty noise w „We Are the Romanoes”, trochę połamanych fraz trafia się w “Fear Trade”, do tańca podrywa świetny groove “Crown of Porns”. Czasami wpadamy w ponury, sludge’owy dół („Slave/Her”), a nawet łapiemy się na krótki blaścik („Ville Morgue”), podtrzymujący niemal black metalowy riff. Świetną robotę zespół odwalił w „Chien Noir”, gdzie kontrapunktem dla masywnego, metalowego riffu jest świetna, gitarowa zagrywka, żywcem kojarząca się z patentami Fugazi. Miejscami mam wrażenie, że zespół ma bardzo dużą ochotę przejść na stronę post rockowego transu, jednak na razie bliżej im do poletka metalowo/hardcore’owego, nie mam jednak wątpliwości, że kierunek, w którym wszystko zmierza jest dość oczywisty. Ciekawe, co wydarzy się na kolejnej płycie.

Na razie mamy do czynienia z dobrze rokującym, świadomym zespołem, który swój hałas opiera z jednej strony o solidny fundament sludge metalu, dopalonego noise’ową siarką. Może nie jest to propozycja na każdy moment, romantycznej kolacji przy tych dźwiękach nie zjemy (chyba, że sami…), ale grupa ma na własne oblicze, które dobrze rokuje na przyszłość. Poczekamy, zobaczymy…

Arek Lerch

Cztery i pół