CARDINALS FOLLY – Holocaust of Ecstasy and Freedom (Shadow Kingdom)

Wszystko się zmienia, prze do przodu, tylko doom zdaje się kroczyć w miejscu. W końcu pewnie wydepta sobie grób, ale zanim to nastąpi, dostaniemy co najmniej tysiąc płyt pełnych tradycyjnego grania spod znaku przygnębionego Szatana. Nowy krążek fińskiego Cardinals Folly to właśnie jedna z nich. Żaden powiew świeżości – nie wnosi nic nowego, po raz tysięczny ogrywa dobrze już znane patenty i jest do bólu przewidywalny. Ale czy to źle? Klasycy siermiężnego grania żyć wiecznie nie będą, a ich epigoni szkody nikomu nie wyrządzają. Kto tej muzyki nie lubi – nie zwróci uwagi; ten, który w podobnych klimatach jest rozkochany – z radością wypisaną na twarzy odsłucha kolejnej wariacji na temat riffów Iommiego.

Bo riffy to na „Holocaust of Ecstasy and Freedom” fundament. Ciężkie, siermiężne i w swej prostocie piękne. Nawet głuchy odegrałby je ze słuchu, i to lewą ręką. Ale po co silić się na eksperymenty? Panowie obracają się w bezpiecznej stylistyce, którą znają jak własną kieszeń. Utwory, których jest siedem, nie są, jak na doom’owe standardy, przesadnie długie, ale całkiem chwytliwe. Zdarza się sporo szybkich momentów – „Ghost Of The Left” brzmi momentami jakby Finowie opuścili ciemną, pełną pajęczyn piwnicę i udali się na pustynię. Jasne, flow jest raczej szatański, nie słoneczno-kalifornijski, ale stonerowe inklinacje słychać.CF

Grają na jedno kopyto. Taki jest urok tej muzyki i ja to rozumiem – Cardinal Folly celują raczej w konkretnego odbiorcę, czyli zatwardziałego fana posępnych klimatów. Co mnie nieco dziwi, to brak psychodelicznych momentów – jakoś mi się Finlandia kojarzy z hajem gdzieś na leśnej polanie i tego haju właśnie trochę mi tu brakuje. Ale ok – to ma być konserwatywne, doom metalowe nagranie i w takich kategoriach należy je rozpatrywać – pod tym względem wszystko się zgadza. Bardzo podoba mi się wokal Mikko Kääriäinena, który nadaje tej muzyce charakteru. Umówmy się – Mikko nie dysponuje ogromną skalą głosu i wybitnymi umiejętnościami. Bazuje raczej na – całkiem efektownej, trzeba przyznać – wisielczej barwie. Muzyka Finów staje się dzięki niej bardziej dramatyczna, ale bez popadania w patos. A przecież łatwo o niego w tego typu twórczości – mnóstwo płyt nie nadaje się do słuchania przez zbyt pompatyczne, ckliwe tony, w które uderzają co gorsze zespoły. Tutaj tego nie ma. To bardzo oszczędna muzyka, bez zbędnych ozdobników czy słodkich melodii.

Ten krążek może sprawiać frajdę. To całkiem przyjemna odskocznia od eklektycznego, współczesnego grania – tutaj wiemy czego się spodziewać i raczej się nie zawiedziemy. Jednak poza pewną niszę z taką muzyką wyjść się nie da i chyba nawet nie było takich ambicji. To bardziej zespół założony po to, aby pograć trochę z kumplami oddając hołd swoim idolom. Jedno im trzeba przyznać – są w tym absolutnie szczerzy.

Paweł Drabarek

Zdjęcie: Jouni Parkku

Trzy