CARCASS – Surgical Steel (Nuclear Blast)

Inwazja zombie trwa – nie tylko w kinie i telewizji, ale i w metalu, który świeżą krew pompuje głównie w stare, rozkładające się, o ironio, zwłoki. Na tym podobieństwa się nie kończą, bo nowe albumy ekshumowanych gwiazd muzyki szybkiej i ciężkiej mają się tak do ich klasycznego dorobku, jak klasyczne filmy Romero, „Burial Ground” czy „Zombi 2” do wynalazków w rodzaju „The Walking Dead” czy „World War Z”. Czasy ofensywnej rozrywki podszytej turpizmem i waleniem w społeczeństwo jak w werbel Micka Harrisa minęły. Kino „zombiakowe” to dziś wychuchane, dziadowskie love story z bandą upudrowanych na blado statystów, wyglądających jak żywe trupy nie bardziej niż ja w sobotni poranek. Zaś królowie ekstremy i zdrajcy metalu z Carcass wracają jako nobliwy klasyk z płytą bezpieczną, konformistyczną i zupełnie pozbawioną polotu.

Nie mam pojęcia, czy faktycznie chęć zarobku i zyskania poklasku sprawiła, że gitarzysta Gentleman’s Pistols i autor „Welcome to Carcass Country” znów zapragnęli tworzyć razem muzykę, która w ostatnich latach służyła im przede wszystkim do uczciwego i godnego dorabiania do niewysokiej emerytury byłych gwiazd metalu. Jednak nawet bez zaglądania komukolwiek w głowę czy w kieszeń, pewne wnioski po przesłuchaniu „Surgical Steel” nasuwają się same. Pierwszy jest taki, że – świadomie lub nie – materiał brzmi jak obliczony na zrobienie dobrze jak największej liczbie starych fanów i uchwycenie tego momentu, który między trzecim a czwartym albumem wyniósł zespół najwyżej, jak się dało. Nie czarujmy się, ta płyta proponuje połączenie energetycznych, szybkich partii „Necroticism” z melodyjnym patosem „Heartwork” – i niewiele ponad to. Samo w sobie nie jest to zarzutem, chyba nikt nie spodziewał się powrotu do nihilistycznego hałasu „Reek of Putrefaction”. Gorzej, że – i tu konkluzja numer dwa – obmyślanie strategii nagrywania nowej płyty mogło zająć znacznie więcej czasu niż jej komponowanie. Słucham tej płyty po raz wtóry i nie potrafię wyłapa czegoś, co postawiłoby cały album, czy nawet poszczególne numery, na własnych nogach. Nie znalazłem na „Surgical Steel” wyróżniających się utworów ani żadnej spójnej koncepcji poza plątaniną autocytatów i próbą polepienia szybkich, blastowanych partii z podniosłymi, kanciastymi leadami przypominającymi co rusz, że Michaela Amotta na tej płycie nie ma, a i tak jest. Kolejne kawałki mkną donikąd, skaczą z riffu na riff, męczą gitarowymi popisówkami, monotonnym wokalem i zupełnie nie wiedzą, kiedy się skończyć.

Oczywiście nie jest to album zły i jak najbardziej może się podobać  – technicznie i wykonawczo mucha na skalpelu nie siada, pałker poci się za trzech, brzmienie odpowiada najwyższym współczesnym standardom, choć osobiście nie przepadam za przegłośnioną perkusją brzmiącą jak okładanie lastriko sandałem. Moje ogólne odczucie jest jednak takie, że Carcass odtwarza pewną estetykę, nie umiejąc jednak ani uchwycić energii i świeżości „Necroticism”, ani w oparciu o trzy mocne riffy zbudować chwytliwego kawałka na modłę „Heartwork”, nie mówiąc już o zaraźliwej przebojowości „Swansong”. Uleciał gdzieś zmysł kompozytorski, który zastąpiło oglądanie się na własny dorobek i próba udowodnienia sobie, że „tatuś jeszcze może” – przynajmniej tak to brzmi. Może nie trzeba jeszcze wymieniać stali chirurgicznej na sole trzeźwiące i defibrylator, ale głębsza refleksja nad jakością kompozycji mogłaby sprawić, że siódmy album Carcass nie wywoła już zakłopotania u tych, którzy – jak niżej podpisany – hołubią Truchło od lat, wyli jak bobry na poreaktywacyjnych koncertach i umieją idealnie odegrać cały „Symphonies of Sickness” na niewidzialnej perkusji.

Bartosz Cieślak

Trzy