CARACH ANGREN  – Where The Corpses Sink Forever (Season of Mist)

Powszechnym zjawiskiem jest szacunek dla gatunków muzycznych, w ramach których wykonawcy tworzą sztukę wysoką, awangardową, niszową albo uosabiają postawy nonkonformistyczne, bazując na prostocie przekazu i uczciwych intencjach. Łatwiej zdobyć uznanie metalowej braci punk-jazzową destrukcją, czy rzetelnym death metalowym graniem, bo przecież „Fryderyk Chopin wielkim artystą był”, Mark Greenway legitymuje się uwierzytelnioną przez całe muzyczne środowisko licencją na kontestowanie rzeczywistości, a dla Roberta Vigna pojęcia „kvlt” czy bycie „true” nic nie znaczą, bo jest na to za stary i za mądry. Warto zadawać sobie pytanie czy i jak wpływa szacunek dla artysty i umieszczanie jego płyt na tej właściwej półce na samą ocenę i odbiór muzyki. Być może nasze brzytwy krytyki stają się bardziej stępione, gdy przychodzi do rozprawiania się z poważnymi gatunkami, a zbyt łatwo przychodzi nam odrzucanie a priori muzyki pochodzącej z rejonów mniej prestiżowego w powszechnym odczuciu grania. Carach Angren gra symfoniczny black metal i wbrew albo dzięki wszystkim sprzymierzonym siłom ciemności tworzy wielką muzykę.

To trzeci album w dyskografii Holendrów i zarazem trzeci album konceptualny. Tym razem zespół przedstawia siedem różnych historii, które łączy wspólny motyw wojny. Podczas odsłuchu nie mamy złudzeń, że obcujemy z regularnymi piosenkami; narracja jest iście teatralna. Kompozycje są cięte, tempa rwane, zespół nieustannie bawi się dynamiką. Wokalista Seregor wciela się w co rusz to inne postacie, mnożąc ścieżki wokalne, bawiąc się a to skrzekiem, a to growlem czy wręcz crossoverowym skandowaniem. Płynności narracji nie zakłóca konieczność przekazania w formacie piosenkowym całej historii. Przypadłość tego rodzaju występowała na niektórych płytach Kinga Diamonda, gdzie tekst wymuszał wydłużanie fraz gitarowych. Jednakże Carach Angren gra w sposób tak zwarty i uporządkowany przy całej finezji muzyków, że ów  zabieg nie tworzy wrażenia przekombinowania i sztuczności, ale jeszcze bardziej zwiększa dynamikę gry. Artykulacja Seregora jest przy tym mistrzowska. Wszystko to tworzy płynnie zmieniającą się całość dzieła przy doskonale wkomponowanych orkiestracjach autorstwa niejakiego  Ardka.

Tak jak debiut Holendrów („Lammendam”) prowadzał nas tematycznie po sypialniach ducha ladacznicy z XVII wieku przy dźwiękach barokowo-jarmarcznych potańcówek rodem z „Nexus Polaris” Covenant, tak na „Where The Corpses Sink Forever” muzykę ponownie dopasowano do konceptu, tym razem wojny, śmierci i samobójstwa. Poczynając od tematyki (kanibalizm w „Sir John”, gwałt w „Little Hector What Have You Done”), a kończąc na samej muzyce, gdzie uwspółcześnienie dzieje się m.in. za sprawą większego ciężaru gitar i zbrutalizowania wokaliz, Carach prezentuje na wskroś symfoniczne, ale też bardziej kloaczne, krwawe oblicze. I wiele na tym zyskuje. Nie jest piosenkowo-bajkowo jak w Cradle of Filth, ani symfonicznie-mistycznie jak w Dimmu Borgir, choć paradoksalnie wszystkich tych elementów można w muzyce Holendrów się doszukać, a zespół nadal nie boi się serwować słuchaczom odpowiednich dawek muzyki romantycznej (tekst do „The Funerary Dirge of Violinist” i tamże muzyczne echa Franza Schuberta), które dla metalowych twardzieli mogą ocierać się o kicz. Jest w tym wszystkim jednak jakiś bardziej ludzki, agresywny pierwiastek, nieraz pomimo wzniosłości – krwawy i rzeczywisty. Zespół wygrywa z powyższymi kapelami bardziej zarysowanym teatralizmem (przynajmniej dla mnie to atut), urealnioną wymową tematyki, większym zbrutalizowaniem partii gitarowych i wokalnych, porażającą energią wykonawczą (w ostatnim refrenie „Bitte Totet Mich” zespół gra jak opętany!), a przede wszystkim tym, że nie ma tu przeciętnych riffów, zwykłych kompozycji. Wszystko błyszczy zdrowym, krwawym odbiciem lufy Lugera.

Pierwszy odsłuch płyty skończył się w moim wypadku kilkoma następnymi i zarwaniem nocy, co z takiego powodu w moim domowym ekosystemie po prostu się nie zdarza. Następnego dnia nie mogłem się doczekać, żeby znów pławić się w tym batalistycznym horrorze. Być może zadział element fabularny płyty, powodujący, że słuchacz nie chce uronić ani chwili z opowieści snutej przez zespół. A może to ciekawość, co tym razem muzycznie zaprezentuje CA, bo wyobraźnia Holendrów stawia na tej płycie znane tylko jej granice (taki slow motion boogie w gore’owym Sir John). Rzecz tkwi też w potężnych stężeniach „przebojowości” samej muzyki na jedną minutę, do której chce się wielokrotnie wracać. I nic to, że komuś a to jakiś fragment skojarzy się nieopatrznie z Pensees Nocturnes, a to zedrze sobie uszy o shagrathową chrypkę. Wiem jedno. Ci wymalowani goście, ozdabiający swoje płyty koszmarnymi okładkami, uprawiający niepoprawny politycznie, zbastardyzowany gatunek sprawili, że poczułem się jak wtedy, gdy słuchałem przeszło dwadzieścia lat temu wybitnego „The Eye” wiadomego artysty.

Jeżeli przyjdzie mi w końcu ochłonąć i za jakiś czas zdemaskować tą płytę jako wykwit torfu na kupie gnoju, nie będzie miało to znaczenia. Bo WTEDY działała muzyka i to mi wystarczy.

Kuba Kolan