CARACH ANGREN – This Is No Fairytale (Season of Mist)

Wielkie rozczarowanie! Carach Angren nagrywa przeciętny album! – grzmi w mediach. Lecz muzyka Carach Angren odznacza się własną reaktywnością. Udając, że jest tylko zbiorem dźwięków, przechodzi do piekielnej ofensywy przestrajania zmysłów słuchacza, bo tylko taki zabieg uchroni ją przed kpiną i zapomnieniem. Moja uległość jest niechybnie wynikiem takiej manipulacji.

Ponowne rozmiłowanie w dramatyzmie, kwadratowych tekstach i chwilach strzelistych uniesień nastąpiło dnia piątego, po czterech nijakich wieczorach, które wypełniały na przemian zawód i obojętność. To wyjątkowej siły agresja i potęga brzmienia płynąca z nowego dzieła Holendrów, to zamach na kompozycję, jej wściekłe okaleczanie, uniemożliwiły mi z początku rozeznanie się w tym, co tak naprawdę dzieje się na tym albumie. Pozorny chaos, będący wynikiem nałożenia na siebie wielu śladów gitary i rozbudowanych orkiestracji, spowodował, że poszczególne fragmenty muzyki – choć nie tak od razu zapamiętywalne, jak miało to miejsce na poprzednich wydawnictwach zespołu – zaczęły współtworzyć aurę opętania z pogranicza snu i jawy, od której ciało mimowolnie uciekało. Niegdyś fragmenty muzyki, a dziś ich obłąkańcza suma przypuszcza atak, wokół którego skupia się muzyka jako materia jakby tym razem mniej ważna od słowa. Zło wypiera obecne od zawsze w muzyce Holendrów romantyczne piękno, które teraz z rzadka i fałszywie daje nadzieję na szczęśliwe zakończenie historii.CA band

Nie zdradzając fabuły tego koncepcyjnego albumu, napiszę tylko, że akcja rozgrywa się gdzieś za górami, za lasami, między pomysłem z filmu „Sucker Punch” a bajką „Hansel und Gretel”. Sama narracja wokalna mogłaby być nieco płynniejsza, bardziej oderwana od dyscypliny riffu, co miejscami udaje się znakomicie, gdy metalowe combo milknie, ustępując pola musicalowemu koszmarowi na cześć Charlesa Baudelaire’a. „Dreaming of a Nightmare In Heaven” z wolna przemienia burtonowski, groteskowy „Nightmare Before Christmas” w coś nomen omen realnie przerażającego, atakując słuchacza potęgą zarezerwowaną do tej pory – jak sądziłem – tylko dla grup prawdziwie symfonicznych. „Two Flies Flew into a Black Sugar Cobweb” to wspaniały popis umiejętności dramaturgicznych klawiszowca Ardka i charyzmy Seregora, wygrywany na psychopatyczną nutę w stylu roli Kinga Diamonda z albumu „The Graveyard”. Jak zwykle Seregor opowiada całą historię, nie pozostawiając nic na żer dla naszej wyobraźni, ale czy coś innego robił Diamentowy Król? Żaden z nich nie ma scenariuszowych aspiracji Davida Lyncha i dobrze, bo choć chciałoby się tą fantastycznie zaaranżowaną muzykę okrasić oryginalnym i wieloznacznym tekstem, to w końcu, w mordę jeża, metal – tłumaczę sobie.

Nie tak różnorodna i chwytliwa jak debiutancki, arcygenialny „Lammendam”, „This Is No Fairytale” nie jest tylko albumem numer cztery w dyskografii zespołu, wypełnieniem fonograficznej ciszy, pretekstem do zagrania trasy koncertowej. Nie jest to „potwierdzenie dobrej formy zespołu”. Tak się zwyczajnie złożyło, że Carach Angren odkrył nowy wymiar upiornej rzeczywistości i postanowił tylko obiletować doń wstęp.

Kuba Kolan

Pięć