CARACH ANGREN – Dance And Laugh Amongst The Rotten (Season of Mist)

Mówi się, że do pewnej roboty potrzeba odpowiedniego człowieka. Takiego, który zrobi co trzeba, gdy nikt inny nie może albo nie chce podjąć się zadania, bo jego wykonanie jest zbyt trudne, albo – jak w tym wypadku – nikomu niepotrzebne. Jako jedyny fan Carach Angren w Polsce wychylam łeb z recenzenckiego niebytu i klecę zdania, które interesują chyba tylko mnie samego. Tak ma być. Rozsławię ich, a potem obrażę się na cały świat za to, że ich pokochał.

Odzwyczajony od pisania recenzji, mniej czujny, bardziej obojętny na to co i gdzie słychać, mogę wreszcie pozwolić sobie na komfort braku posiadania opinii na zadany temat. Azymut skierowano w stronę marsjańskich pustkowi, gdzie oka ni ucha nie trzeba cieszyć ziemskimi wynalazkami, takimi jak muzyka na przykład. To wyzwalające uczucie, tą odrętwiałą istotę podgrzano jednak, niczym Calvina w filmie „Life” i znów te odrażające procesy myślowe zaczęły toczyć organizm. Gdy na piątym, a trzecim recenzowanym przeze mnie na łamach Violence’a, albumie Holendrów pojawił się (wreszcie!) śpiewany refren w piosence „Charlie”, a Seregor wypowiedział zaklęcie „Blood Queen!”, odezwały się we mnie złe, „wyleczone” instynkty. Organizm otrzymał natychmiastową dawkę zapomnianego narkotyku, przenosząc się ze stanu hibernacji do ekscytacji. W bezpiecznie niebezpieczny czas ugrzecznionego teatru grozy „The Graveyard” Kinga Diamonda. Do miejsca, w których leczyło się rany po spotkaniu z „Cause of Death” Obituary. Do myśli, że „The Progenies of Great Apocalypse” był najlepszą rzeczą jaką wymyślił człowiek od czasów „Escape From Paris” Elliota Goldenthala. Tuż po tym, jak pożałowałem zapoznania się z opisem konceptu krążka – „dziewczynka, która zbyt długo bawiła się swoją oujia”, nauczony niemiłym uczuciem zażenowania z powodu infantylnych tekstów Seregora na „This Is Not Fairytale”, starałem się nie wsłuchiwać w jego szczekaninę. Ewentualne tekściarskie niedostatki wynagradza muzyka: jest rozbuchana a przy tym zdyscyplinowana, pełna melodii, orkiestracji i jednocześnie brutalna. Typowy Carach Angren, któremu nie jestem stanie postawić zarzutu powtarzania się, znając każdy dźwięk z każdej ich płyty. Zwykły Carach Angren, który nie uznaje półśrodków i półemocji, będąc jednocześnie elegancki w tych swoich makabrycznych opowieściach dla nastolatków. CA

Po egzaltacji i kokietowaniu erudycją, czas wracać do życia, (trochę) do muzyki, (ciut) do tej płyty. Nic wielkiego się nie stało, nic się nie zmieniło i nie zmieni. Żadna to recenzja, ale mogę sobie już spokojnie zasnąć, wiedząc, że zrobiłem coś, co powinienem był zrobić. Jakiś znak życia w świecie umarłych, że tak błyskotliwie pojadę.

Kuba Kolan

Pięć i pół